piątek, 14 grudnia 2018

„The Dream of Henna – Sen Henny” – the book will be translated into English. Is there any publisher...?



The continent of Henna has always been the arena of countless wars, intrigues and romances that have changed the course of its history. It was impossible to control the emotions and desires of such different races that inhabited it.
There is a legend that tells us that in the beginning of its history there was a ruler who united all the lands and was able to win over the love and respect of all nations. Legend does not say who he was or when he left or what the reason for his departure was. Maybe he was an Elf? Maybe the wizard? Maybe his girlfriend was a mortal man, and he could not cope with her loss? The legend does not explain it. 
Maybe so that we can develop the reins of our imagination when we listen to the words of a bard’s song on a cold evening. History ends with the assurance that the day will come when power will again be concentrated in the hands of one king, who will lead to the consent of the nations and ensure the prosperity of this land. There were those who thought that they would fulfill this prophecy. Everyone has been wrong so far …

poniedziałek, 10 grudnia 2018

„Mordor. Dzień z życia Orka; Chciałbym poczuć to jeszcze raz.”



Spotkałem go w Złotych Tarasach. Uśmiechnąłem się szeroko na jego widok i wyciągnąłem dłoń.
– Kopę lat. Jak ci się wiedzie? Istnieje życie poza korporacją?
Uścisnęliśmy sobie ręce.
– Napijesz się ze mną kawy?
Mój stary kolega skrzywił się nieco.
– Nie mogę. Biegnę do domu.
– Co tu robisz? Wybrałeś się na zakupy świąteczne? Słyszałem, że wyprowadziłeś się z Warszawy.
– To prawda. Już od kilku lat tu nie mieszkam. Dzisiaj przyjechałem tu specjalnie na rozmowę kwalifikacyjną na „Prodakta”. Właśnie z niej wyszedłem.
Zdziwiłem się nieco. Gdy widzieliśmy się ostatnim razem, zapewniał mnie solennie, że już nigdy więcej nie powróci do korporacyjnego świata. Wzruszyłem ramionami. Wokół nas sączyła się jakaś świąteczna muzyka i mijały nas tłumy spieszących się ludzi z rękami wypełnionymi torebkami. Zapewne prezentów. W powietrzu unosił się zapach świeżo zaparzanej kawy z pobliskiej kafejki. Stąd zapewne moja propozycja. Podprogowe programowanie.
Kolega zapewne zauważył zdziwienie na mojej twarzy, bo zaczął się tłumaczyć.
– Wiesz. Nie jest źle. Większość czasu pracuję koło domu, przy tej naszej minifarmie. Dorabiam sobie trochę na szkoleniach. Moja żona pracuje ze mną. Razem też zajmujemy się dziećmi i domem. Dokładnie tak, jak to sobie wymarzyliśmy. To naprawdę cudowne życie.
Moja mina spowodowała, że kontynuował.
–  Ty nie rozumiesz. To jest jak odstawienie heroiny – jego głos począł drżeć. – To już dwa lata. To, co uzbieraliśmy wcześniej na koncie pomogło nam przetrwać ten trudny okres zmiany nawyków. Mówię ci, że było ciężko. Teraz jest już lepiej. Skuteczniej kontrolujemy budżet. Nie mamy też na szczęście żadnych długów. – Machnął ręką. – Ale to chodzi o coś innego. Ja po prostu chciałbym poczuć to jeszcze raz.
– Poczuć to jeszcze raz? – Nadal nie bardzo rozumiałem, co chciał mi powiedzieć.
– Te pieniądze w kieszeni, kiedy nie musisz się zastanawiać, czy stać cię na pójście do kina w tym miesiącu i czy możesz sobie pozwolić na nową książkę. To poczucie satysfakcji, gdy idziesz z klientem do ulubionej restauracji i płacisz służbową kartą kredytową. Ten komfort, gdy nie interesuje cię, ile spalasz na autostradzie, gdy pędzisz, ile masz koni pod maską. To właśnie chciałbym poczuć jeszcze raz.
Zastanowiłem się nad jego słowami. Przypomniała mi się jednak nasza rozmowa sprzed jego decyzji o opuszczeniu Mordoru.
– Ale przecież twoje małżeństwo omal się nie rozpadło. Dzieciaki chowały się przed tobą, gdy wracałeś z delegacji…
Opuścił na chwilę głowę, ale zaraz podniósł wzrok i spojrzał mi prosto w oczy.
– Tym razem będzie inaczej. Wtedy po prostu przesadzałem i nie potrafiłem poukładać sobie tego wszystkiego jak należy. Teraz mam już doświadczenie. OK. Muszę gnać na pociąg. Do zobaczenia.
– Powodzenia.
Patrząc jak odchodził, miałem wrażenie, że jego plecy są jakby bardziej pochylone niż wcześniej. Może to wiek?

piątek, 7 grudnia 2018

„Rozpoznanie walką czyli 8 błędów, jakie popełniłem przy pisaniu mojej pierwszej powieści i jak ich uniknąć.”


W taktyce militarnej istnieje pojęcie „rozpoznania walką”. Polega ono na zaatakowaniu nieprzyjaciela pozostającego w najbliższej styczności naszych wojsk, aby doprowadzić w ten sposób do ujawnienia przez niego rzeczywistych pozycji lub punktów oporu, systemu zapór ogniowych itp. 
Zabierając się do pisania mojej pierwszej powieści „Sen Henny”, przeczytałem całą dostępną dla mnie wtedy literaturę i artykuły odnośnie zasad pisania książek. Jednakże jak to często bywa przy debiucie, w największym stopniu kierowałem się i tak potrzebami mego serca oraz spontanicznym rozwojem akcji i niezależnymi wyborami bohaterów mojego opowiadania. :-) Nie obyło się wobec tego bez popełnienia błędów twórczej młodości. Mogę więc dzisiaj uznać, że zastosowałem „rozpoznanie bojem”, a najwięcej nauczyłem się oczywiście dzięki opiniom moich czytelników. Dzisiaj chętnie podzielę się w tym miejscu nauką, jaką wyniosłem z tej przygody.
Oto lista 8 największych błędów jakie popełniłem i wskazówki jaki ich uniknąć:
  1. Zbyt wielu bohaterów
W koncepcji, która mi przyświecała potrzebowałem co najmniej trzech różnych bohaterów pochodzących z przeciwnych sobie kultur, ras, aby móc w pełni przedstawić ideę potrzeby wzajemnej akceptacji w celu osiągnięcia wyższych celów. W efekcie powstały dość niezależne historie z udziałem wielu bohaterów pozytywnych, jak i czarnych charakterów. Wielu czytelników w komentarzach narzekało na tę zbytnią obfitość postaci, która powodowała, że gubili się oni w ich rozpoznawaniu. Przynajmniej na początku opowieści. Na całe szczęście przygotowałem indeks postaci, do którego można było zaglądać. (Oczywiście jest to znacznie utrudnione w wersji elektronicznej.)
Pierwsza lekcja; skup się na jednej, dwóch głównych postaciach i kilku, będących tłem opowieści.
  1. Bohater nie powinien być idealny
Na ten błąd zwróciła mi uwagę moja córka już na początku pisania. Stwierdziła ona, że nie jest w stanie utożsamić się z żadnym z bohaterów, gdyż nie mają oni żadnej skazy. Nie ma takich ludzi na świecie i nie powinno ich być w powieści. Postarałem się to nieco poprawić, jednak i tak postacie pozostały nieco zbyt idealne.
Lekcja druga; bohater też człowiek i tak jak ty ma prawo do popełniania błędów, czasem tych najgłupszych. Daje się dzięki temu lubić.
  1. Czas na zawiązanie więzi z postaciami
Czytając książki uwielbiam zabieg, jaki stosują pisarze, aby czytelnik nie mógł odkleić się od książki. Mam tu na myśli przerywanie wątku w kulminacyjnym momencie i przejście do kolejnej sceny. Z wypiekami na twarzy przelatuję wtedy kolejne karty powieści, nie zważając na pory posiłków i późne godziny, aby przekonać się, jak zakończy się ten temat. Zapragnąłem oczywiście zastosować go i w mojej powieści. Niestety zbyt często zmieniały się w niej sceny i bohaterowie, co przyczyniło się do pogubienia się części czytelników (czyli do częstej potrzeby sięgania do indeksu postaci) oraz utrudniło nawiązanie osobistej więzi z którymś z głównych bohaterów. Była to główna rzecz jaką zmieniłem pisząc poprawioną wersję dwóch tomów książki i wydając ją jako „Świat Henny”.
Lekcja trzecia: Pozwól czytelnikowi poznać twojego bohatera, jego pragnienia, myśli, potrzeby, zanim zwrócisz jego uwagę na inne postacie książki.
  1. Zbytnie zaufanie w Wydawnictwo
Wydawnictwo potrafi bardzo wiele pomóc i wesprzeć pracę pisarza. Jednak pracują w nim również normalni ludzie, którzy mają prawo się pomylić. Książka przed wydrukowaniem, już po korektach wraca do pisarza po ostatnią aprobatę. Mówiąc szczerze, po wspólnej pracy nad korektą uznałem, że z pewnością skład musi być w porządku. I to niestety był mój błąd. W książce pojawiły się literówki, a jeden rozdział został praktycznie włączony do poprzedniego. Wielu czytelników jest bardzo wrażliwych na tego typu sprawy i dostało mi się za to po głowie. (Wydawnictwu również.) Kolejną książkę weryfikowałem już bardziej dokładnie do samego końca.
Lekcja czwarta; sam zadbaj o to, by twoja książka była wydana w sposób staranny i bez błędów. Nie zdawaj się tylko na innych.
  1. Emocje
Akcja, akcja, akcja. Jak ja uwielbiam, kiedy bohater gna z jednej sceny do drugiej ścigany przez wrogów, lub samemu ich poszukując, aby wyrównać rachunki. Oczywiście upraszczam, ale rzeczywiście niewiele miejsca w moich książkach poświęcam opisom przyrody i zastanawianiu się nad ilością święcących na niebie gwiazd. Jednak co gorsze, w mej pierwszej powieści zbyt mało miejsca poświęciłem emocjom bohaterów, a przecież to one powodują, że ich lubimy lub życzymy im śmierci. To właśnie emocje pogłębiają więź czytelnika z postaciami i zapewniają, że będzie on im towarzyszył w ich przygodach do samego końca książki. To była kolejna rzecz, którą w największym stopniu zmieniłem w „Świecie Henny”.
Lekcja piąta: Bohater musi odczuwać; bać się, niepokoić, kochać, panikować, wściekać. Robić wszystko to, co powoduje, że staje się po prostu ludzki, a nam zaczyna na nim zależeć.
  1. „Przywiązywanie się do tekstu”
To jest najtrudniejsza sprawa. Kiedy poświęcisz wiele godzin na napisanie sceny, która okazuje się, że nie bardzo pasuje do reszty powieści, naprawdę jest ci trudno wcisnąć przycisk „delete”. A niejednokrotnie trzeba to zrobić. „Świat Henny” ma około osiemset stron, a gdybym nie wykasował niektórych części, miałby ich pewnie z tysiąc. Wiele tekstu w książce nie jest błędem, pod warunkiem, że wszystkie fragmenty są spójne i nie będą nudzić czytelnika. A trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że ludzie dzisiaj przyzwyczajeni są do tempa filmów akcji i gier komputerowych. Piszemy przecież głównie dla nich, aby sprawiać innym radość z czytania.
Lekcja szósta; bez wahania tnij fragmenty, które z jakiegoś powodu nie pasują już do całości książki.
  1. Zanim zacznę zmieniać zasady, lepiej jest się ich nauczyć
Jak wspomniałem we wstępie, sporo się naczytałem o tym, jak tworzyć powieści, zanim zabrałem się za pisanie mojej pierwszej książki. I co z tego, skoro uniesiony twórczą weną szybko zapomniałem o zasadach, których się nauczyłem. Dopiero przy drugim tomie zdałem sobie sprawę z tego, że przestałem stosować się do podstawowych zasad, takich jak utrzymanie kolejności scen, sequeli, opisów itp. Znowu był to błąd, który kosztował mnie wycięcie wielu treści i napisanie na nowo kilku scen w poprawionej wersji. To prawda, że wielu znanych autorów zachęca do łamania zasad. No cóż. W porządku. Ale najpierw porządnie się ich naucz!
Lekcja siódma; zanim zaczniesz łamać zasady sztuki, najpierw dobrze się ich naucz.
  1. Twoja powieść nie musi się każdemu podobać
Początkowo niezwykle przejmowałem się opiniami innych i na ich podstawie zmieniałem wcześniej napisane sceny. Dopiero po pewnym czasie zdałem sobie sprawę z tego, że różnym ludziom podobają się inne rzeczy i jak to mówi stare przysłowie: „jeszcze się taki nie urodził, coby każdemu dogodził”. Innymi słowy, warto wsłuchiwać się w opinie i rady innych, ale na końcu to ty, jako twórca, musisz podjąć ostateczną decyzję zgodną z twoim planem i koncepcją książki.
I to jest lekcja ósma.
Serdecznie pozdrawiam i mam nadzieję, że opisane wyżej wnioski, przysłużą się kolejnej osobie, która spróbuje swych sił w twórczości literackiej.

sobota, 1 grudnia 2018

Optymalna wielkość powieści?



Niektórzy ludzi odkładają książkę, gdy przekracza ona trzysta stron, inni zaś cierpią, gdy po przejściu siedmiuset, zdają sobie nagle sprawę z tego, że zbliżają się już ku jej końcowi. Ilu ludzi, tyle jest podejść do tego tematu. Spróbujmy jednak odnaleźć kilka wskazówek, które mogłyby nas naprowadzić na właściwą odpowiedź.
Niektórzy autorzy mają problem z wyjściem powyżej trzydziestu tysięcy słów, inni natomiast po napisaniu ośmiuset stron, uznają, że nie zbliżają się jeszcze do połowy tego, co chcieliby przekazać swoim czytelnikom. Myślę, że niewłaściwe  w tej kwestii, jak zresztą w każdej innej, jest jakiekolwiek ekstremum. Jeżeli powieść będzie zbyt krótka, pozostawi po sobie uczucie nienasycenia i zawodu. Jeśli będzie zbyt długa, to wielu ludzi odłoży ją na półkę bez czytania, obawiając się, że w świecie, w którym czas jest na wagę złota, poświęcanie tygodnia na powieść, jest po prostu niemożliwe albo opuści ją w trakcie lektury, kiedy ta czytelnika po prostu znudzi lub zniechęci swoją obszernością.
Ja należę do tych „piszących”, którzy po napisaniu stu stron w formacie A4, zastanawiają się, czy pozostało tu jeszcze coś istotnego do dodania. Okazuje się jednak, że już przy pierwszym czytaniu, książka urasta z 30 000 do 50 000 słów, czyli około 300 – 350 000 znaków (co było na przykład standardem w Ameryce na początku XX wieku). Po kolejnych fazach szlifowania dzieło może powiększyć się nawet o około 50%, ale wtedy przychodzi czas na cięcia, bo prawie zawsze, po kilku tygodniach przerwy i zdobyciu świeżej perspektywy, pewne fragmenty wydają się po prostu niepotrzebne.
Pozostaje jeszcze jedna niezwykle istotna sprawa; wymagania wydawnictwa. Opublikowanie książki, która ma trzysta stron, jest znacznie łatwiejsze i tańsze niż tej, która ma stron sześćset. Wielu uznanych autorów przyzwyczaiło nas do powieści dużych formatów, jednak spójrzmy prawdzie w oczy: jeśli nie posiadasz jeszcze rozpoznawalnego nazwiska i nie czeka na twoją nową książkę rzesza przynajmniej kilkudziesięciu tysięcy fanów, to raczej nie licz na to, że ktoś zainwestuje w młodego autora dużo pieniędzy. Nie wspomnę już o sytuacji, gdybyś chciał wydać książkę we własnym sumpcie.
Ktoś policzył, że książki wydawane dzisiaj są o około dwadzieścia pięć procent dłuższe, niż było to jeszcze piętnaście lat temu, a o pięćdziesiąt procent od tych sprzed pół wieku. Pamiętam dobrze książki Rogera Żelaznego, czy Ursuli le Guin, które miały między sto pięćdziesiąt, a trzysta stron. I nikomu to nie przeszkadzało. Dziś, gdy napisałem książkę Sen Henny w dwóch tomach (łącznie ponad osiemset stron, więcej niż milion znaków), to pojawiły się komentarze, że jak na powieść fantasy, tomy są zdecydowanie za krótkie (moje wydawnictwo sugerowało mocno, abym rozbił ją na trzy części) (Świat Henny, czyli poprawiona wersja Snu Henny w jednym tomie, liczyła już 700 stron i wydana została jedynie w formie e-booka; uznajmy to za pewien kompromis). I to jest fakt, który również powinniśmy wziąć pod uwagę przygotowując nasze dzieło dla czytelników, którzy mają prawo mieć swoje upodobania i preferencje. Zapewne biorąc pod uwagę wszystkie te względy, niektóre wydawnictwa mają własne kryteria i uznają za absolutne minimum 300 000 znaków na powieść, inne nawet 400 000. Powyżej siedmiuset stron pojawia się również aspekt techniczny dotyczące trudności wydrukowana takiej książki.
Osobiście uważam, że powieść powinna mieć po prostu długość wystarczającą na pełne rozwinięcie wszystkich zaplanowanych wątków, bez zbędnego owijania wszystkiego watą, oby tylko książka była grubsza. Jeżeli potrzebujesz do tego większej ilości tekstu, to świetnie, z pewnością znajdą się czytelnicy, którzy to docenią. Jeśli natomiast powiedziałeś już wszystko na dwustu stronach, to nie zmuszaj się, aby koniecznie powiększyć objętość swojego dzieła. Gwarantuję ci, że znajdę się i tacy czytelnicy, którzy docenią twoją zwięzłość i z przyjemnością zabiorą twoją książkę w nudną dwudniową delegację. Oczywiście podtrzymuję moją podstawową tezę, o nie przekraczaniu ekstremów w żadną stronę, ale o tym już przecież napisałem.

sobota, 24 listopada 2018

"Kiedy najlepiej jest zacząć pisać książki?"


Tak pytanie, jak i odpowiedź na nie wydaje się być dość złożoną. Bo przecież pytając o to, kiedy najlepiej jest zacząć pisać książki, muszę  zastanowić się najpierw nad tym co mam na myśli. Czy to, w jakim wieku człowiek powinien zająć się pisarstwem, czy też w jakich chwilach, momentach życia, czy może wręcz o której porze dnia przychodzi do nas wena i tworzymy wspaniałe strofy, czy konstruujemy znakomite zdania? Zacznijmy więc po kolei.
Odpowiedź na pierwszy aspekt tego pytania jest chyba dość oczywiste: jak najwcześniej! Chociażby z tego powodu, aby zebrać pierwsze doświadczenia w budowaniu fabuły, konstruowaniu wątków, nakreślaniu postaci bohaterów. Praktyka czyni mistrza, więc uczmy się od mistrzów, połykając setki i tysiące książek poczytnych (i/abo dobrych) autorów, a równocześnie sprawdzajmy się w ich roli, tworząc swoje własne dzieła. Nie musimy ich oczywiście od razu publikować. Możemy na początku, te nasze pierwsze próby wkroczenia w świat literatury jako autor, pokazać najbliższej rodzinie i przyjaciołom, aby otrzymać od nich informację zwrotną, licząc przy tym na ich miłosierdzie. Istnieje na szczęście całkiem spora szansa, że będą oni dla ciebie delikatni przy sugerowaniu zmian i wskazywaniu potknięć, a niezwykle entuzjastyczni dla tego, co nam się udało. A na początku kariery pisarza motywowanie, docenienie i wsparcie jest tym, czym dla ryby woda. Środowiskiem, w którym ma szansę przetrwać i dorosnąć. Przynajmniej takich przyjaciół i rodziny z całego serca ci życzę.
Nasuwa się pytanie: a co z tymi, którzy odkrywają w sobie pasję pisania dużo później, kiedy już nasycą się pracą w korporacji, prowadzeniem swego biznesu czy zakończą karierę sportowca i trenera? Czy dla nich nie jest już za późno? Osobiście uważam, że nigdy nie jest za późno na rozwijanie swojej pasji, zwłaszcza tego rodzaju. Nawet jeśli masz osiemdziesiąt lat i chciałbyś opisać świat z czasów swojej młodości, to po pierwsze on już nie istnieje i jesteś prawdopodobnie jednym z ostatnich naocznych świadków tamtych zdarzeń. Z pewnością znajdą się ludzie, którzy z przyjemnością o tym posłuchają. Po drugie, wydanie nawet jednej książki w twoim życiu pozostawia po tobie ślad na wiele kolejnych dziesiątek lat, choćby ze względu na fakt, że twoje dzieło zostanie dostarczone do bibliotek (18 egzemplarzy obowiązkowo) i pozostanie w nich (również obowiązkowo) co najmniej kolejne pięćdziesiąt lat,  a dzieci twoich dzieci obok zakurzonego zdjęcia na półce, będą mogły zobaczyć również twoją książkę.
Pisząc i wydając książkę w młodości, zachowujesz świeżość, emocjonalność i energię właściwą dla tego wieku, z kolei decydując się na tworzenie w późniejszych latach, masz za sobą całą gamę doświadczeń, z których dopiero teraz możesz czerpać do woli, co powinno ubogacić książkę, którą napiszesz. Innymi słowy, pisz, kiedy tylko masz na to ochotę. Zawsze znajdzie się ktoś, kto doceni twój trud i będzie miał przyjemność czytając twoje dzieło.
Ja osobiście zacząłem pisać jeszcze w szkole podstawowej. W czasach liceum pisałem, kiedy tylko miałem na to czas i wenę. Następnie wszystko to wrzuciłem do szuflady i dałem się wciągnąć w wir pracy i rodzinnych obowiązków, aż po latach przyszedł moment, że odkurzyłem stare zeszyty, zaglądnąłem w obszary moich marzeń, przeszukałem pokłady wspomnień i począłem wyciągać z nich materiały na kolejne książki.
Odnosząc się do drugiego aspektu. Myślę, że najważniejszą sprawą jest tutaj konsekwencja. Jest to zdanie wielu znanych autorów, z którym się całkowicie zgadzam; że lepiej pisać dwie, trzy strony codziennie, niż po dwadzieścia w każdym z dziesięciu dni urlopu. Choćby ze względu na to, że kiedy wreszcie rozpoczniesz kolejne wakacje i zabierzesz się do kontynuowania pracy nad swoją książką, to niestety będziesz musiał przeczytać wszystko co napisałeś od nowa, aby znowu „wejść w świat powieści”. Narażasz się przy tym na popełnienie wielu niekonsekwencji i błędów wynikających z utracenia poprzedniej ciągłości myśli i porządku wątków. (A wiem, o czym mówię).
I to jest ostatnia myśl, którą w tym temacie tu pozostawiam.

piątek, 16 listopada 2018

"Treść czy Forma?"


Cóż za kontrowersyjne pytanie, jeśli spróbujemy odnieść je do utworu literackiego. Bo czyż każda powieść, czy opowiadanie nie powinno być doskonałe w obu tych aspektach?
Mam jednak wrażenie, że w społeczności pisarzy odnajdziemy takich, którzy skupiają się głównie na doprecyzowaniu logiki zdarzeń, zaskakujących zwrotów akcji czyli właśnie treści swoich utworów, jak i takich, dla których najważniejsza w dziele jest forma i rytm. Te drugie powieści przypominają mi bardziej poezję niż prozę. Czytanie ich jest ucztą dla intelektu, smakowaniem potrawy o niezwykle złożonym smaku i zapachu, pobudzającej wszystkie zmysły w tej niebiańskiej biesiadzie. Jednakże po pewnym czasie zdajemy sobie sprawę z tego, że zauroczeni przepiękną formą nie potrafimy doszukać się w niej treści, żadnego logicznego następstwa zdarzeń, prowadzących od określonej tezy, pytania zadanego na początku utworu, do rozwiązania zagadki, określenia wreszcie losów kochanków, na co czekamy z wypiekami na twarzy poprzez kilkaset stron tej pięknej w formie opowieści.
Fascynujące są dla mnie anegdoty opowiadane o pisarzach, którzy przed oddaniem książki do wydawnictwa dokonują kilkunastu, czy kilkudziesięciu poprawek swego dzieła, a potem w nieskończoność wymieniają się z redaktorami uwagami, po czym dokonują kolejnych zmian. Z drugiej strony podziwiam tych twórców, którzy po napisaniu kolejnego rozdziału po prostu przesyłają go do redakcji, nie dbając wielce o formę, aż powstanie wielkie dzieło, którym zachwycają się potem miliony czytelników. Może mówię tu o tych nielicznych, wybitnych twórcach, którzy jak Mozart w muzyce, czy Nicola Tesla w nauce, przepisują na karty papieru doskonały utwór, w pełni ukształtowany już w umyśle geniusza.


Odpowiedzią na zadane na wstępie tego felietonu pytanie jest oczywiście reakcja czytelników na dany rodzaj dzieła. I jak to zwykle bywa znajdą się tutaj tacy, którzy będą oczarowani utworami pisanymi wybornym językiem, niezwykłym stylem z wycyzelowanymi do granic możliwości zdaniami, rytmem i pieśnią spływającą wprost do serca, jak i tacy, którzy po kilkunastu stronach wyczekiwania na rozwój zdarzeń, po prostu odłożą dzieło na półkę.
I to właśnie jest piękne. Żyjemy w świecie, w którym nadal miliony ludzi, sięgają po książki (choć podobno w ostatnim czasie coraz rzadziej), stąd z dużą dozą pewności możemy oczekiwać, że włożywszy serce w dzieło, którym chcemy podzielić się z innymi, znajdą się ludzie, którzy razem z nami zachwycą się nim, niezależnie od tego jaki styl pisarstwa najbardziej jest nam bliski.

poniedziałek, 12 listopada 2018

„W jakim stopniu proces pisania książek różni się od ich czytania?”



Moim skromnym zdaniem, proces pisania niezwykle przypomina czytanie książki. Bardzo podobne są powiązane z nim emocje i nasze oczekiwania. Tu i tam pragniemy dowiedzieć się, czy bohater zasłuży sobie na nagrodę i czym ona będzie? Jakie będzie zakończenie tej powieści? Smutne czy radosne? Czy zaskoczy nas fabuła, a główne postacie będą miały złożone charaktery, jakie lubimy i czy zdołamy się z nimi zidentyfikować?
Oczywiście można powiedzieć, że to nie jest do końca prawda. W końcu autor ma łatwiej, bo to on przecież o tym wszystkim decyduje. Czy aby tak jest na pewno?
Skupię się teraz na swoim własnym przykładzie. Przecież nie mogę zajrzeć w głowy innych powieściopisarzy i nie mogę założyć, że każdy z nich tworzy  sposób podobny do mojego. Jestem nawet zupełnie przekonany, że tak nie jest. Poza tym, tak będzie z pewnością uczciwiej. Wobec tego przyjmijcie moje słowa, jako subiektywne postrzeganie Artura i nic więcej.
Otóż prawdą jest, że zanim zacznę wypełniać książkę treścią, to skupiam się na przygotowaniu szczegółowego konspektu dzieła. Określam w nim zarys jego fabuły, opisuję cechy głównych postaci, tworzę plan i sugestię treści kolejnych rozdziałów oraz pracuję nad zakończeniem powieści. Wydaje się to jasne i oczywiste? Niestety wcale takim nie jest. Ale po kolei.
Bohaterowie zmieniają się w trakcie podróży, jaką jest ich życie w opowiadaniu. Oczywiście na tym polega moja rola jako autora, aby ukazać, że to co robimy może nas uszlachetnić i poprawić. Jednakże na pewnym etapie pisania okazuje się, że jedna z postaci, np. niezbyt rozgarnięta wojowniczka opanowana pasją walki ze wszystkimi, którzy nie podzielają jej poglądów, ewoluuje sama z siebie. Pod wpływem emocji, które przeżywa albo zdarzeń, które ją odmieniają. I wtedy, pomimo tego, że cale tego wcześniej nie planowałem, jestem zmuszony zmienić charakter tej bohaterki. Podobnie jak jej dalsze losy. W ten oto sposób to powieść wpłynęła na pisarza. Podobnie jak w książce, kiedy nagle przemiana głównego bohatera zmienia naszą o nim opinię i zaczynamy go już trochę lubić, podczas gdy wcześniej życzyliśmy mu jak najgorzej.
Zakończenie powieści może zaskoczyć również autora. Niby wszystko jest już ustalone. Główne role rozdane. Wytyczony został los bohaterów i wiadomo już przecież, w którym rozdziale nić życia danej postaci zostanie przecięta i kogo wybierze za męża niedostępna księżniczka. Jednakże nic bardziej mylnego. Nieraz zdarzyło mi się wykasować cały rozdział aby na nowo ożywić bohatera, którego za bardzo polubiłem albo zapragnąłem oszczędzić cierpienia zakochanej w nim głównej bohaterce. A zmieniając jeden fragment, jestem zmuszony do poprawienia całego wątku. Trochę tak, jak w prawdziwej historii naszego  życia; gdybyśmy byli w stanie zmienić jakiś kluczowy jego element, to czyż cała jego reszta nie potoczyła się inaczej?
Mógłbym tak ciągnąc jeszcze długo ale mam nadzieję, że macie już obraz tego, czym chciałem się z wami podzielić.

czwartek, 8 listopada 2018

„Cierpienie nietworzenia, czyli skąd wziąć czas na pisanie.”


Słyszymy od czasu do czasu o cierpieniu tworzenia. O bólu, który rodzi się, gdy autor utknął w pewnym punkcie powieści i nie może ruszyć dalej, gdyż zbuntowali mu się wszyscy bohaterowie, ten pozytywny jak i Schwarz charakter. O męce dobrania właściwego słowa, kiedy żadne nie chce wpasować się w kompozycję i rytm zdania. Ja wylałem niegdyś łzy musząc uśmiercić głównego bohatera, a przyznam, że innym razem zdecydowałem się przepisać cały rozdział, aby do tego nie dopuścić.
Dziś jednak napiszę o męce nietworzenia. O sytuacji, w której powtarzając za Terry’m Pratchetem, cząstka natchnienia, geniuszu mknie poprzez wszechświat, aż w jednym ze światów multiwersum spada na nic niespodziewającego się osobnika, a człowiek ten zatrzymując wokół siebie świat i skupiając się na powstającym w tej chwili w jego umyśle dziele, zdaje sobie sprawę, że właśnie spieszy się do pracy i nie będzie w stanie pracować nad tym pomysłem.
Kiedyś napisałem taki wiersz:
Piszę by żyć by gasić żar który nie ustaje
Choć czasem przysypia
Na chwilę odczuwam ulgę
Lecz wkrótce znów powraca podmuch
Który przemienia żar w płomień
palący me wnętrze
I wtedy piszę
…by żyć
Pojawiają się takie chwile, kiedy umysł wypełnia nam się treścią. Słowami, zdaniami, całymi rozdziałami, które domagają się natychmiastowego uwolnienia. A my nie możemy im na to pozwolić. Z braku czasu, z braku papieru, komputera, chwili spokoju, kawy…
Ten stan przypomina nieco sytuację, gdy zanurzamy się w nowej opowieści ulubionego autora i zdajemy sobie sprawę, że jest już druga w nocy, a budzik nastawiliśmy na szóstą rano. Drżącą dłonią wkładamy zakładkę i udajemy się na spoczynek, długo w noc jeszcze przeżywając przygody bohaterów. Jednakże wieczorem kolejnego dnia albo nawet za tydzień, otworzymy książkę na stronie, gdzie przerwaliśmy i znowu rzucimy się w ten czarowny zmyślony świat.


W przypadku burzy twórczej, kłębiących się chmur wyobraźni, grożących wyładowaniem błyskawic imaginacji, sprawa ma się niestety gorzej. Pozostaje świadomość, że jeśli nie uda nam się natychmiast przelać dzieła na papier, albo przynajmniej nośnik elektroniczny, to ta cząstka natchnienia, geniuszu nie zagnieździ się w nas wystarczająco mocno i uleci dalej, zanim jeszcze zdążymy ją rozwinąć. I wtedy właśnie przeżywamy męki nietworzenia. Cierpienie rozhulanej wyobraźni. Ból oczekiwania na spełnienie.
Jedynym rozwiązaniem, jakie dotąd znalazłem, jest szybkie zapisywanie pomysłów, a następnie praca nad nimi w kolejnych dniach. Chociaż stronę, chociaż kilka słów, aż pojawi się kształt.

sobota, 3 listopada 2018

„Mordor. Dzień z życia Orka; Dzień dobry.”


– Dzień dobry – powiedziałem uśmiechając się do ludzi oczekujących na windę. Odpowiedziała mi krępująca cisza. Około dwudziestoletnia dziewczyna z kasztanowym końskim ogonem odwróciła się w stronę drzwi wyjściowych z budynku. Szpakowaty mężczyzna w szarym garniturze i czerwonym krawacie opuścił wzrok. Zapewne informatyk pogrążony w myślach o oczekujących go dziś zadaniach. Dwie kobiety w średnim wieku tak mocno skupione były na rozmowie, że zapewne nawet nie zanotowały faktu mojego pojawienia się, a co dopiero przywitania się.
Wzruszyłem ramionami. Nie pierwszy raz zostałem w ten sposób zignorowany w tym biurowcu. Mimowolnie zacząłem zastanawiać się nad tym, czy ludzie w tym miejscu unikają innych z powodu jakiejś obawy czy traumy. A może po prostu zasady dobrego wychowania w naszej kulturze, jakie dane mi było poznać, przestały już obowiązywać, a ja pozostałem jak jakiś relikt przeszłych czasów i jedynie się wygłupiam?
Moje przemyślenia przerwała otwierająca się kabina windy. Pośpiesznie wszedłem do środka przytulając się do ściany, aby zrobić miejsce dla dwóch ciągle rozmawiających kobiet, które wcisnęły guzik z numerem najwyższego piętra, pozostając jednak z jakiegoś powodu tuż przy drzwiach. Znowu wzruszyłem ramionami. Po co się tym przejmować. Przecież dzień był naprawdę piękny. Pomimo końca października słońce jasno świeciło podświetlając swym blaskiem czerwone liście drzew, przemieniając świat dookoła w zaiste baśniową krainę. Uśmiechnąłem się i zrobiło mi się dużo lepiej.
Wyszedłem pierwszy.
– Do widzenia – powiedziałem głośno i wyraźnie ukłoniwszy się przy tym moi towarzyszom podróży.
– Do widzenia – odpowiedział mężczyzna w garniturze.
„I po co ta demonstracja?” – zganiłem się w duchu. Jednakże pomyślałem, że z drugiej strony powinno to być jak najbardziej naturalne zachowanie.
Był poniedziałkowy ranek, stąd wspólny korytarz lśnił czystością i surowością biurowego budynku. Ze wspólnej kuchenki wyszło właśnie dwóch mężczyzn zdecydowanie poniżej trzydziestki. Od razu domyśliłem się, że to pracownicy sąsiadującej z moim biurem firmy IT. Znoszone bluzy, w dłoniach kubki z parującą kawą, wzrok wbity w czubki sportowych butów. Gdy zbliżyli się na odległość dwóch kroków straciłem nadzieję, że uszanują mój starszy od nich wiek, stąd wyprostowałem się i powiedziałem wyraźnie:
– Dzień dobry.
Dwoje zombie minęło mnie bez cienia zainteresowania ani jakiejkolwiek reakcji.
– Może myśleli o jakimś ważnym problemie w pracy – pomyślałem zrezygnowany otwierając drzwi do mego gabinetu. Me oczy natychmiast wypełnił blask ostro świecącego słońca i radość na nowo wypełniła mi serce. Podszedłem do okna, spojrzałem na zapracowaną stolicę i powiedziałem:
– Dzień dobry. Dzisiaj jest naprawdę piękny dzień.

niedziela, 28 października 2018

„Dziesięć zagadnień, z których powinien zdawać sobie sprawę każdy początkujący twórca.”


Uwielbiam czytać książki. Również pisanie ich sprawia mi niezwykłą radość. Zająłem się pisarstwem z potrzeby serca, w ramach hobby, wypełnienia tych resztek wolnego czasu, w których mógłbym wreszcie odlecieć ze świata korporacyjnego zgiełku w krainę wyobraźni, przygody i piękna. W ten sposób wydałem do dziś sześć książek, zdobyłem grono fanów oczekujących na kolejne pozycje, a przede wszystkim zrealizowałem swoje marzenia, na których spełnienie czekałem ponad dwadzieścia lat.
Przygotowując się do wydania moich powieści i opowiadań próbowałem poznać sztukę pisania od bardziej doświadczonych ode mnie twórców. Wymienię jedynie „Warsztat pisarza” Dwight V. Swain oraz „Praktyczny Kurs Pisarstwa” Katarzyny Krzan. Okazało się to niezwykle cenne tak w procesie tworzenia jak i potem, gdy przyszedł czas na korektę i pisanie następnych tekstów. Po napisaniu każdej kolejnej książki zdawałem sobie sprawę, że dopiero teraz zaczynam rozumieć, co miał na myśli autor pisząc na przykład o różnicy pomiędzy sequelem a epizodem. Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że wciąż jeszcze jestem na początku mojej pisarskiej drogi, jednakże postanowiłem podzielić się z wami tym, co odkryłem dotychczas w poszukiwaniu doskonałości warsztatu pisarza. Szereg tych podpowiedzi to zweryfikowane przeze mnie w praktyce uwagi, jakie przyjąłem od bardziej doświadczonych autorów.
Oto dziesięć według mnie najistotniejszych zagadnień, z których powinien zdawać sobie sprawę każdy początkujący twórca:
  1. “Początek to obietnica końca”.
    1. Na pierwszych powieści pokaż zmianę, czyli nowe zdarzenie, które dotknęło głównego bohatera.
    2. Nadaj życiu swojego bohatera cel spowodowany właśnie tą zmianą (np. "muszę uratować tego wilkołaka, nie wiem zupełnie dlaczego"… ale czytelnik widzi już wyraźnie, że dziewczyna zakochuje się w potworze).
    3. Teraz czytelnik będzie czytał dalej, bo ciekawi go czy cel uda się osiągnąć i czy miłość tych dwojga bohaterów zakończy się happy endem czy też katastrofą (w głębi serca liczy oczywiście na „happy end”, ale bohater musi nań jeszcze sobie zasłużyć)
  2. Plan powieści: Wydarzenie inicjujące – napięcie rośnie – kulminacja i rozwiązanie – napięcie spada – zakończenie, czyli dopełnienie. Ten prosty schemat sprawdza się prawie w każdym rodzaju literatury.
  3. Każda opowieść to czyjaś osobista, emocjonalna historia, do której pozwolono nam zajrzeć. Wobec tego każda przygoda powinna zaczynać się od uczuć. Treścią powieści są emocje, emocje i jeszcze raz emocje! To z tego właśnie powodu ludzie zechcą ją przeczytać. Nie bój się pokazywać silnych uczuć swoich bohaterów. Niech się oni boją, cieszą, płaczą, szaleją z rozpaczy lub radości itp.
  4. Niech gra toczy się o naprawdę wysoką stawkę. Jedynie wtedy warto poświęcić czas na czytanie tej opowieści. Ograniczony czas na realizację zadania bardzo dobrze buduje napięcie.
  5. Bohater nie powinien być idealny. Ma po prostu dać się lubić i pozwolić czytelnikowi się z nim zidentyfikować. Zbyt doskonała postać temu nie służy.
    1. Konflikt wewnętrzny stwarza złożoność postaci czyniąc ją bardziej interesującą.
    2. Droga – w trakcie tej podróży z czytelnikiem nasz hero powinien ulec przemianie, dojrzeć, aby zasłużyć na nagrodę (lub karę).
  6. Przeciwnicy muszą być godni siebie. To jest bardzo ważne. Nikt nie chce nagradzać bohatera za łatwe zwycięstwo. Czasem zdarza się, że postać negatywna zyskuje sympatię i współczucie czytelników. W takim przypadku, bohater musi starać się jeszcze bardziej. Jeżeli uda mu się nadal pozostać liderem opowieści, to z wielką satysfakcją dowiemy się o nagrodzie, jaka go za to spotkała. Inaczej nasze poczucie sprawiedliwości będzie domagało się raczej ukarania go.
  7. Im więcej zmysłów jest pobudzonych, tym głębiej czytelnik wchodzi w historię; zapach (dym z kominka przesycony był wonią sosnowych gałęzi), smak (z wrażenia zacisnął swe wilcze zęby na gorącej wardze, aż poczuł metaliczny smak krwi), dotyk (stół był pełen szorstkich sęków, dlatego chłopak odruchowo masował na nim swe zmęczone dłonie), wzrok (ściany pokoju pokryte były jaskrawą farbą, która nie pasowała do dębowego stołu i wielkiej skórzanej kanapy stojących przy ścianie naprzeciw kominka), słuch (podenerwowany szczur stale uderzał swym ogonem w stojący na podłodze wazon ze świeżo ściętymi kwiatami, co w uszach dziewczyny brzmiało jak bicie dzwonu przestrzegającego ją przed podjęciem błędnej decyzji)
  8. Umiejętnie opóźniaj zakończenie. Utrzymuj tajemnicę do samego końca. Zwiększysz w ten sposób poziom satysfakcji czytelnika, kiedy wreszcie ukaże się rozwiązanie i napięcie opadnie.
  9. W pewnym momencie główne postacie zaczynają żyć własnym życiem – pozwól im na to. Pisarze dzielą się na tych, którzy ściśle przestrzegają konspektu opowieści, który stworzyli na początku oraz na takich, którzy pozwalają swoim bohaterom na pewną niezależność. Ja należę do tej drugiej grupy. Dla mnie tworzenie jest procesem ciągłym. Nowe pomysły pojawiają się w trakcie pisanych scen. Zmiany wymagają odmiennych zachowań i decyzji postaci występujących w książce. Wg. mnie utwór staje się przez to ciekawszy i pełniejszy.
  10. Twoja powieść nie musi się każdemu podobać. „Jeszcze się taki nie urodził, co by każdemu dogodził”, jak mówi staropolskie przysłowie.
    1. Może przedstawiasz światopogląd lub bazę etyczną, która nie odpowiada temu akurat czytelnikowi
    2. Może nie lubi on tego typu literatury
    3. Łam wszelkie zasady, – jeśli masz na to ochotę. Eksperymentuj! (Jednak najpierw się ich dobrze naucz)
    4. Pisz o tym, „co cię boli”. Emocje! Istnieją przemyślenia i obserwacje, których nie możesz zachować tylko dla siebie!
    5. Baw się dobrze, – jeśli opowiadanie podoba się tobie, będzie się podobać też innym
    6. Podglądaj innych
    7. Nie poddawaj się!

sobota, 27 października 2018

Spełnienie mych marzeń – czyli jak zacząłem pisać i wydawać książki.


Do tzw. szuflady pisałem odkąd pamiętam. Czasem więcej, czasem mniej. Myślę, że wiele osób może to samo powiedzieć o sobie. Pisałem opowiadania, wiersze, wziąłem się też za bary z powieścią. Od zawsze interesowałem się fantastyką, a przede wszystkim fantasy, w związku z tym, nie może nikogo dziwić, że tematyka fantasy była dominująca w mojej twórczości. Tolkien, Ursula le Guin, Roger Zelazny; to byli mistrzowie, którzy byli dla mnie inspiracją. Może i pisałbym niegdyś więcej, gdyby nie krytyka i wyśmiewanie samego pomysłu pisania ze strony zazdrosnych, a może jedynie niemądrych kolegów.
Po latach twórczej młodości, nastąpiły lata budowania przyszłości dla rodziny, ekscytacji rozwojem kariery w korporacjach, zakupu pierwszego domu i opłacania lepszej edukacji dla dzieci. Pisanie poszło w kąt, za wyjątkiem nielicznych momentów powrotu literackiej weny. Jestem przekonany, że to również wielu niedoszłych twórców może powiedzieć i o swoim życiu.
Nareszcie nastąpił moment przełomu. Złożyło się na niego kilka elementów. Pierwszym z nich, była decyzja mojej córki o wybraniu tematu pracy maturalnej z języka polskiego: „Literatura fantasy XX wieku”. To była oczywiście woda na mój młyn. Po przekazaniu córce kolekcji miesięcznika fantastyki począwszy od numeru 1 oraz znalezieniu artykułów na temat historii tego nurtu pisanych m.in. przez mistrza Lema, moja pociecha zasugerowała bym może wykorzystał swoją wiedzę, pasję i doświadczenie wynikające z przeczytania setek książek, do napisania i wydania swojej własnej. Zabrzmiał w tym momencie pierwszy dzwon.
Kolejnym była decyzja o podzieleniu się moją dotychczasową twórczością z rodziną oraz przyjacielem i przyjaciółką, którzy wyrazili chęć jej przeczytania. Opinie najbliższych były więcej niż zachęcające, więc usłyszałem kolejny dźwięk dzwonu wzywającego do walki o zaistnienie w gronie twórców.
Ostatnim elementem było zapoznanie się z aktualną, „uznaną” literaturą fantasy. Zakupiłem zestawy książek autorów, którzy obecnie sprzedają swe książki w tysiącach czy nawet milionach egzemplarzy i… ku mojemu zdziwieniu odkryłem, że w wielu przypadkach książki te nie stanowią wielkiej wartości ani w zakresie głębi przekazu, ani warsztatu, ani nawet pochłonięcia czytelnika swoją treścią. Oczywiście w mojej subiektywnej opinii. Były też chlubne wyjątki. Odkryłem na przykład wspaniałą Trudi Canavan, na której kolejne powieści nie mogę się teraz doczekać. To wybrzmiało kolejnym uderzeniem dzwonu, zmuszając mnie ostatecznie do wyjścia ze strefy komfortu, a może po prostu lenistwa, czy strachu i zmierzenia się z wyzwaniem dołączenia do grona pisarzy. „Skoro oni mogą wydawać swoje książki, to dlaczego nie ja?”
Miałem przygotowany materiał na poradnik o coachingu, którym zajmowałem się zawodowo i postanowiłem wydać go, przecierając szlaki i odkrywając trudy zostania pisarzem nie tylko piszącym ale również wydającym swoją twórczość. Po otrzymaniu zadowalających recenzji ze strony kolegów po fachu i sprawdzeniu opinii na temat potencjalnych wydawców zdecydowałem się na wydanie mojej pierwszej pozycji p.t. „Winnetou czyli krótki przewodnik po coachingu”. Możecie wyobrazić sobie te dreszcze i kołatanie serca w oczekiwaniu na przyjęcie przez czytelników. Pamiętam te wypieki na twarzy i uderzenia gorąca, gdy czytałem pierwsze opinie o książce, gdy zaczęły pojawiać się w internecie. Na szczęście większość była mocno pozytywna. W zasadzie tylko jedna osoba wyraziła swoje niezadowolenie, pozostałe recenzje i opinie zbudowały moją pewność siebie. Książka była krótka i omawiała dość podstawowe zasady dotyczące coachingu. Taki zresztą był cel jej wydania. Zauważyłem, że bardzo wielu klientów przychodzących na coaching, nie miało o nim głębszej wiedzy, a czasem nawet bladego pojęcia. Uznałem, że zamiast tłumaczyć im, „czym to się je”, lepiej wręczyć im ten krótki poradnik. Przede wszystkim jednak, nauczyłem się na czym polega proces wydawniczy i odkryłem, że nie jest on tak trudny jak mi się wcześniej wydawał jak również to, że dobre wydawnictwo jest w stanie mi bardzo pomóc nie tylko w promocji książki ale również w jej korekcie, przesyłając wiele krytycznych i inspirujących uwag, zmuszających do poprawy tekstu.
Doświadczenie to zainspirowało mnie do rozwinięcia skrzydeł i wykorzystania jednego z wyrwanych piór do napisania powieści fantasy. Pomysł pojawił się od razu:
„Kontynent Henny zawsze był areną niezliczonych wojen,
intryg i romansów, które zmieniały bieg jego historii.
Nie sposób było zapanować nad emocjami i pragnieniami
tak różnych ras, które go zamieszkiwały.
Istnieje legenda, która opowiada o tym, że w początkach
jego dziejów istniał władca, który zjednoczył wszystkie ziemie
i potrafił zjednać sobie miłość i szacunek wszystkich narodów.
Legenda nie mówi o tym, kim był, ani kiedy odszedł, ani jaki
był powód jego odejścia. Może był Elfem? Może Czarodziejem?
Może jego wybranka była śmiertelnym człowiekiem, a on nie
mógł pogodzić się z jej stratą? Legenda tego nie wyjaśnia. Może
po to, byśmy mogli rozwinąć wodze naszej wyobraźni, kiedy
w chłodny wieczór przysłuchujemy się słowom pieśni granej
przez barda. Historia kończy się zapewnieniem, że nadejdzie
dzień, gdy władza znowu skupi się w rękach jednego króla,
który doprowadzi do zgody narodów i zapewni dobrobyt tej
krainie. Byli tacy, którym wydawało się, że to oni będą wypełniali
to proroctwo. Wszyscy jak dotąd się mylili…”
W ciągu trzech lat ukazało się sześć moich książek, kolejna jest już w wydawnictwie, a konspekty dwóch powieści powoli wypełniają się treścią... Okazało się, że marzenia, które wydawały się już dawno zakopane, można odkryć na nowo i je spełnić. Zapewniam, że satysfakcja z tym związana i radość pochodząca nie tylko z procesu tworzenia ale również z przekazywania radości czytelnikom cieszącym się treścią wydanych książek jest nie do przecenienia.
Powinienem w tym miejscu podziękować tym, dzięki którym realizacja mych pragnień była możliwa. Przede wszystkim Bogu, który dał mi wyobraźnię bez ograniczeń. Następnie rodzinie, która wspierała mnie w wysiłkach i wycierpiała urlopy z mężem i ojcem zatopionym w procesie tworzenia. Dziękuję również przyjaciołom, którzy zmotywowali mnie do tego wysiłku, doceniając moje początkowe niezgrabne akapity aż po opinię: „wiedziałam, że jesteś dobry, ale nie sądziłam że aż tak bardzo”. Bardzo wam wszystkim dziękuję.
Mam nadzieję, że zainspirowałem tym krótkim tekstem tych, których twórcze wypociny spoczywają jeszcze w szufladach, do otwarcia ich i podzielenia się ze światem cząstką swego świata wyobraźni.

Kilka słów o mnie. Artur Wells.

Artur Wells to mój pseudonim artystyczny. Ponieważ zawodowo zajmuję się zupełnie czymś innym, to gdy zdecydowałem się wydać moją pierwszą powieść, to postanowiłem uczynić to pod pseudonimem. Dlaczego? Najważniejszym powodem było zapewne to, że zdawałem sobie sprawę z niedoskonałości mojego dzieła. W końcu był to mój debiut.

Sen Henny okazał się  jednak być sukcesem. Może nie przyniósł mi jeszcze wielkich pieniędzy ani sławy, ale zebrał całkiem dobre recenzje. Szybko opublikowałem więc tom drugi pod tytułem "Sen Henny - Imperium Magów". Również z miłymi komentarzami od czytelników. Wydanie zbioru opowiadań "Granica" było już sprawą naturalną, biorąc pod uwagę burzę pomysłów w mojej głowie. Kilka z tych opowiadań ma szansę na rozwinięcie w powieści.

Najbardziej zmotywował mnie do pracy nad kolejnymi książkami wpis jednego młodego człowieka, gdy stwierdził on, że jestem jego ulubionym polskim pisarzem fantasy. Takie słowa potrafią dodać skrzydeł i bardzo jestem za nie wdzięczny. Dziękuję.

Aby nie konfundować czytelników pozostałem przy nazwisku Artur Wells. Chciałbym utrzymać ten pseudonim przy wszystkich książkach z zakresu SF i Fantasy. Pozostałe pozycje wydaję już pod prawdziwym nazwiskiem. 
W 2019 roku ukazała się książka  "Tańcz ze mną tango".
Mam nadzieję, że spodobają Wam się moje felietony i książki.
W 2020 roku pojawiła się w sklepach moja nowa książka "Skąd właściwie biorą się smoki?" pod nazwiskiem Artur Wells.
***
Do tej pory ukazało się drukiem i w postaci e-booków siedem pozycji: 4 książki fantasy: „Sen Henny”, „Sen Henny Imperium Magów”, „Świat Henny”,”Granica-zbiór opowiadań” oraz zestaw wierszy „Kanarek w klatce na szafie”, poradnik „Winnetou czyli krótki przewodnik po coachingu” oraz książka o przemijaniu i walce z przemijającym czasem "Tańcz ze mną tango". Trzy ostatnie pozycje ukazały się nie pod pseudonimem ale pod prawdziwym moim nazwiskiem.
„Sen Henny” i „Sen Henny – Imperium Magów”.  Strona na facebooku

Kontynent Henny zawsze był areną niezliczonych wojen, intryg i romansów, które zmieniały bieg jego historii. Nie sposób było zapanować nad emocjami i pragnieniami tak różnych ras, które go zamieszkiwały.
Istnieje legenda, która opowiada o tym, że w początkach jego dziejów istniał władca, który zjednoczył wszystkie ziemie i potrafił zjednać sobie miłość i szacunek wszystkich narodów. Legenda nie mówi o tym, kim był, ani kiedy odszedł, ani jaki był powód jego odejścia. Może był Elfem? Może Czarodziejem? Może jego wybranka była śmiertelnym człowiekiem, a on nie mógł pogodzić się z jej stratą? Legenda tego nie wyjaśnia. Może po to, byśmy mogli rozwinąć wodze naszej wyobraźni, kiedy w chłodny wieczór przysłuchujemy się słowom pieśni granej przez barda. Historia kończy się zapewnieniem, że nadejdzie dzień, gdy władza znowu skupi się w rękach jednego króla, który doprowadzi do zgody narodów i zapewni dobrobyt tej krainie. Byli tacy, którym wydawało się, że to oni wypełnią to proroctwo. Wszyscy jak dotąd się mylili…
„Świat Henny” jest połączeniem dwóch wcześniejszych książek „Sen Henny” i „Sen Henny – Imperium Magów”, stanowiących mój debiut literacki. W odpowiedzi na komentarze i oczekiwania czytelników, udoskonaliłem jak najlepiej potrafiłem swoje dzieło. Kilka rozdziałów musiało odejść w niebyt , większość bohaterów zyskała bardziej wyraziste cechy charakteru, duże partie tekstu zyskały zupełnie nową formę. W obecnym kształcie książka jest już zdecydowanie bardziej dojrzałym dziełem i powinna sprawić wiele przyjemności i satysfakcji czytelnikom.
„Granica-zbiór opowiadań”.
W niniejszym zestawieniu znajdujemy opowieść p.t. „Teresa” będąca wstępem do potencjalnej kontynuacji sagi „Sen Henny”. Ten zbiór opowiadań jest jednak bardziej złożony. Są w nim dość lekkie opowiadania jak „Smok” przyjazne dla młodszych fanów gatunku jak i dużo bardziej złożone jak „Moje miasto”, w którym główny bohater mierzy się tak ze swoją przeszłością, jak i z zaakceptowaniem swej odmienności. „Granica jest skończoną mikropowieścią” o poszukiwaniu prawdy i zderzeniu z małością tych, którzy wydają się wielcy w naszych oczach. „Wehikułu Czasu” nie mogło zabraknąć w książce, w której autor przyjął pseudonim oparty o nazwisko sławnego Herberta Georga Wellsa.
Jest to pozycja dla miłośników gatunku Fantasy/Fantastyki w każdym wieku, bo każdy będzie w stanie odnaleźć tam coś dla siebie.
„Winnetou czyli krótki przewodnik po coachingu”.  Strona na facebooku.
  


"Tańcz ze mną tango". Plażowanie na Capri, taniec na przy dźwiękach muzyki na jednej z uliczek Nowego Orleanu, mięso grillowane na wulkanie, koncerty, spacery i wiele innych ciekawych przygód, to tylko niewielki wycinek tego, co czeka na Czytelnika na kartach tej książki.
Przemierzając czas, cofając się w przeszłość i powracając do rzeczywistości, przed głównym bohaterem i jego towarzyszami (zarówno tymi z współczesnej linii czasu, jak i ze wspomnień) pojawiają się nowe szanse, wyzwania, a nierzadko i trudne wybory.

"Tańcz ze mną tango" to książka, która łączy w sobie wątki fantastyczne, podróżnicze, historyczne, miłosne – przenikają się one i łączą ze sobą, tworząc harmonijną całość. - dostępna tutaj


„Świat Henny dostępny” tutaj
Książki można zakupić tutaj
tutaj i tutaj

"Skąd właściwie biorą się smoki". Cała prawda o smoczym życiu. Nikt nigdy nie widział smoczego dziecka. Nikt od bardzo dawna nie spotkał też żywego smoka. Jednak pewnego dnia przed drzwiami Boba pojawia się jeden z nich. Co więcej, okazuje się, że gad, ścigany przez zbójcerzy, uwolnił zaklęcie i zadzierzgnął z mężczyzną magiczną smoczą Więź. Od tej chwili ich losy są nierozerwalnie złączone. Bob musi strzec życia smoka jak swojego własnego, śmierć gada oznacza bowiem, że także on wyzionie ducha. Nieoczekiwanie dołącza do nich wojownicza księżniczka Nasturcja, której skomplikowane życie uczuciowe przysparza kłopotów nie tylko jej, ale i mężczyznom, z którymi decyduje się związać…

Troje towarzyszy wyrusza w pełną szalonych przygód wędrówkę. Bob - aby znaleźć sposób na uwolnienie się od magicznej Więzi, Nasturcja - w poszukiwaniu miłości, a smok… przekonajcie się sami!

Książka dostępna tutaj

Prowadzę również blog na wordpresie - gdyby ktoś go odnalazł...