sobota, 3 listopada 2018

„Mordor. Dzień z życia Orka; Dzień dobry.”


– Dzień dobry – powiedziałem uśmiechając się do ludzi oczekujących na windę. Odpowiedziała mi krępująca cisza. Około dwudziestoletnia dziewczyna z kasztanowym końskim ogonem odwróciła się w stronę drzwi wyjściowych z budynku. Szpakowaty mężczyzna w szarym garniturze i czerwonym krawacie opuścił wzrok. Zapewne informatyk pogrążony w myślach o oczekujących go dziś zadaniach. Dwie kobiety w średnim wieku tak mocno skupione były na rozmowie, że zapewne nawet nie zanotowały faktu mojego pojawienia się, a co dopiero przywitania się.
Wzruszyłem ramionami. Nie pierwszy raz zostałem w ten sposób zignorowany w tym biurowcu. Mimowolnie zacząłem zastanawiać się nad tym, czy ludzie w tym miejscu unikają innych z powodu jakiejś obawy czy traumy. A może po prostu zasady dobrego wychowania w naszej kulturze, jakie dane mi było poznać, przestały już obowiązywać, a ja pozostałem jak jakiś relikt przeszłych czasów i jedynie się wygłupiam?
Moje przemyślenia przerwała otwierająca się kabina windy. Pośpiesznie wszedłem do środka przytulając się do ściany, aby zrobić miejsce dla dwóch ciągle rozmawiających kobiet, które wcisnęły guzik z numerem najwyższego piętra, pozostając jednak z jakiegoś powodu tuż przy drzwiach. Znowu wzruszyłem ramionami. Po co się tym przejmować. Przecież dzień był naprawdę piękny. Pomimo końca października słońce jasno świeciło podświetlając swym blaskiem czerwone liście drzew, przemieniając świat dookoła w zaiste baśniową krainę. Uśmiechnąłem się i zrobiło mi się dużo lepiej.
Wyszedłem pierwszy.
– Do widzenia – powiedziałem głośno i wyraźnie ukłoniwszy się przy tym moi towarzyszom podróży.
– Do widzenia – odpowiedział mężczyzna w garniturze.
„I po co ta demonstracja?” – zganiłem się w duchu. Jednakże pomyślałem, że z drugiej strony powinno to być jak najbardziej naturalne zachowanie.
Był poniedziałkowy ranek, stąd wspólny korytarz lśnił czystością i surowością biurowego budynku. Ze wspólnej kuchenki wyszło właśnie dwóch mężczyzn zdecydowanie poniżej trzydziestki. Od razu domyśliłem się, że to pracownicy sąsiadującej z moim biurem firmy IT. Znoszone bluzy, w dłoniach kubki z parującą kawą, wzrok wbity w czubki sportowych butów. Gdy zbliżyli się na odległość dwóch kroków straciłem nadzieję, że uszanują mój starszy od nich wiek, stąd wyprostowałem się i powiedziałem wyraźnie:
– Dzień dobry.
Dwoje zombie minęło mnie bez cienia zainteresowania ani jakiejkolwiek reakcji.
– Może myśleli o jakimś ważnym problemie w pracy – pomyślałem zrezygnowany otwierając drzwi do mego gabinetu. Me oczy natychmiast wypełnił blask ostro świecącego słońca i radość na nowo wypełniła mi serce. Podszedłem do okna, spojrzałem na zapracowaną stolicę i powiedziałem:
– Dzień dobry. Dzisiaj jest naprawdę piękny dzień.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz