sobota, 24 listopada 2018

"Kiedy najlepiej jest zacząć pisać książki?"


Tak pytanie, jak i odpowiedź na nie wydaje się być dość złożoną. Bo przecież pytając o to, kiedy najlepiej jest zacząć pisać książki, muszę  zastanowić się najpierw nad tym co mam na myśli. Czy to, w jakim wieku człowiek powinien zająć się pisarstwem, czy też w jakich chwilach, momentach życia, czy może wręcz o której porze dnia przychodzi do nas wena i tworzymy wspaniałe strofy, czy konstruujemy znakomite zdania? Zacznijmy więc po kolei.
Odpowiedź na pierwszy aspekt tego pytania jest chyba dość oczywiste: jak najwcześniej! Chociażby z tego powodu, aby zebrać pierwsze doświadczenia w budowaniu fabuły, konstruowaniu wątków, nakreślaniu postaci bohaterów. Praktyka czyni mistrza, więc uczmy się od mistrzów, połykając setki i tysiące książek poczytnych (i/abo dobrych) autorów, a równocześnie sprawdzajmy się w ich roli, tworząc swoje własne dzieła. Nie musimy ich oczywiście od razu publikować. Możemy na początku, te nasze pierwsze próby wkroczenia w świat literatury jako autor, pokazać najbliższej rodzinie i przyjaciołom, aby otrzymać od nich informację zwrotną, licząc przy tym na ich miłosierdzie. Istnieje na szczęście całkiem spora szansa, że będą oni dla ciebie delikatni przy sugerowaniu zmian i wskazywaniu potknięć, a niezwykle entuzjastyczni dla tego, co nam się udało. A na początku kariery pisarza motywowanie, docenienie i wsparcie jest tym, czym dla ryby woda. Środowiskiem, w którym ma szansę przetrwać i dorosnąć. Przynajmniej takich przyjaciół i rodziny z całego serca ci życzę.
Nasuwa się pytanie: a co z tymi, którzy odkrywają w sobie pasję pisania dużo później, kiedy już nasycą się pracą w korporacji, prowadzeniem swego biznesu czy zakończą karierę sportowca i trenera? Czy dla nich nie jest już za późno? Osobiście uważam, że nigdy nie jest za późno na rozwijanie swojej pasji, zwłaszcza tego rodzaju. Nawet jeśli masz osiemdziesiąt lat i chciałbyś opisać świat z czasów swojej młodości, to po pierwsze on już nie istnieje i jesteś prawdopodobnie jednym z ostatnich naocznych świadków tamtych zdarzeń. Z pewnością znajdą się ludzie, którzy z przyjemnością o tym posłuchają. Po drugie, wydanie nawet jednej książki w twoim życiu pozostawia po tobie ślad na wiele kolejnych dziesiątek lat, choćby ze względu na fakt, że twoje dzieło zostanie dostarczone do bibliotek (18 egzemplarzy obowiązkowo) i pozostanie w nich (również obowiązkowo) co najmniej kolejne pięćdziesiąt lat,  a dzieci twoich dzieci obok zakurzonego zdjęcia na półce, będą mogły zobaczyć również twoją książkę.
Pisząc i wydając książkę w młodości, zachowujesz świeżość, emocjonalność i energię właściwą dla tego wieku, z kolei decydując się na tworzenie w późniejszych latach, masz za sobą całą gamę doświadczeń, z których dopiero teraz możesz czerpać do woli, co powinno ubogacić książkę, którą napiszesz. Innymi słowy, pisz, kiedy tylko masz na to ochotę. Zawsze znajdzie się ktoś, kto doceni twój trud i będzie miał przyjemność czytając twoje dzieło.
Ja osobiście zacząłem pisać jeszcze w szkole podstawowej. W czasach liceum pisałem, kiedy tylko miałem na to czas i wenę. Następnie wszystko to wrzuciłem do szuflady i dałem się wciągnąć w wir pracy i rodzinnych obowiązków, aż po latach przyszedł moment, że odkurzyłem stare zeszyty, zaglądnąłem w obszary moich marzeń, przeszukałem pokłady wspomnień i począłem wyciągać z nich materiały na kolejne książki.
Odnosząc się do drugiego aspektu. Myślę, że najważniejszą sprawą jest tutaj konsekwencja. Jest to zdanie wielu znanych autorów, z którym się całkowicie zgadzam; że lepiej pisać dwie, trzy strony codziennie, niż po dwadzieścia w każdym z dziesięciu dni urlopu. Choćby ze względu na to, że kiedy wreszcie rozpoczniesz kolejne wakacje i zabierzesz się do kontynuowania pracy nad swoją książką, to niestety będziesz musiał przeczytać wszystko co napisałeś od nowa, aby znowu „wejść w świat powieści”. Narażasz się przy tym na popełnienie wielu niekonsekwencji i błędów wynikających z utracenia poprzedniej ciągłości myśli i porządku wątków. (A wiem, o czym mówię).
I to jest ostatnia myśl, którą w tym temacie tu pozostawiam.

piątek, 16 listopada 2018

"Treść czy Forma?"


Cóż za kontrowersyjne pytanie, jeśli spróbujemy odnieść je do utworu literackiego. Bo czyż każda powieść, czy opowiadanie nie powinno być doskonałe w obu tych aspektach?
Mam jednak wrażenie, że w społeczności pisarzy odnajdziemy takich, którzy skupiają się głównie na doprecyzowaniu logiki zdarzeń, zaskakujących zwrotów akcji czyli właśnie treści swoich utworów, jak i takich, dla których najważniejsza w dziele jest forma i rytm. Te drugie powieści przypominają mi bardziej poezję niż prozę. Czytanie ich jest ucztą dla intelektu, smakowaniem potrawy o niezwykle złożonym smaku i zapachu, pobudzającej wszystkie zmysły w tej niebiańskiej biesiadzie. Jednakże po pewnym czasie zdajemy sobie sprawę z tego, że zauroczeni przepiękną formą nie potrafimy doszukać się w niej treści, żadnego logicznego następstwa zdarzeń, prowadzących od określonej tezy, pytania zadanego na początku utworu, do rozwiązania zagadki, określenia wreszcie losów kochanków, na co czekamy z wypiekami na twarzy poprzez kilkaset stron tej pięknej w formie opowieści.
Fascynujące są dla mnie anegdoty opowiadane o pisarzach, którzy przed oddaniem książki do wydawnictwa dokonują kilkunastu, czy kilkudziesięciu poprawek swego dzieła, a potem w nieskończoność wymieniają się z redaktorami uwagami, po czym dokonują kolejnych zmian. Z drugiej strony podziwiam tych twórców, którzy po napisaniu kolejnego rozdziału po prostu przesyłają go do redakcji, nie dbając wielce o formę, aż powstanie wielkie dzieło, którym zachwycają się potem miliony czytelników. Może mówię tu o tych nielicznych, wybitnych twórcach, którzy jak Mozart w muzyce, czy Nicola Tesla w nauce, przepisują na karty papieru doskonały utwór, w pełni ukształtowany już w umyśle geniusza.


Odpowiedzią na zadane na wstępie tego felietonu pytanie jest oczywiście reakcja czytelników na dany rodzaj dzieła. I jak to zwykle bywa znajdą się tutaj tacy, którzy będą oczarowani utworami pisanymi wybornym językiem, niezwykłym stylem z wycyzelowanymi do granic możliwości zdaniami, rytmem i pieśnią spływającą wprost do serca, jak i tacy, którzy po kilkunastu stronach wyczekiwania na rozwój zdarzeń, po prostu odłożą dzieło na półkę.
I to właśnie jest piękne. Żyjemy w świecie, w którym nadal miliony ludzi, sięgają po książki (choć podobno w ostatnim czasie coraz rzadziej), stąd z dużą dozą pewności możemy oczekiwać, że włożywszy serce w dzieło, którym chcemy podzielić się z innymi, znajdą się ludzie, którzy razem z nami zachwycą się nim, niezależnie od tego jaki styl pisarstwa najbardziej jest nam bliski.

poniedziałek, 12 listopada 2018

„W jakim stopniu proces pisania książek różni się od ich czytania?”



Moim skromnym zdaniem, proces pisania niezwykle przypomina czytanie książki. Bardzo podobne są powiązane z nim emocje i nasze oczekiwania. Tu i tam pragniemy dowiedzieć się, czy bohater zasłuży sobie na nagrodę i czym ona będzie? Jakie będzie zakończenie tej powieści? Smutne czy radosne? Czy zaskoczy nas fabuła, a główne postacie będą miały złożone charaktery, jakie lubimy i czy zdołamy się z nimi zidentyfikować?
Oczywiście można powiedzieć, że to nie jest do końca prawda. W końcu autor ma łatwiej, bo to on przecież o tym wszystkim decyduje. Czy aby tak jest na pewno?
Skupię się teraz na swoim własnym przykładzie. Przecież nie mogę zajrzeć w głowy innych powieściopisarzy i nie mogę założyć, że każdy z nich tworzy  sposób podobny do mojego. Jestem nawet zupełnie przekonany, że tak nie jest. Poza tym, tak będzie z pewnością uczciwiej. Wobec tego przyjmijcie moje słowa, jako subiektywne postrzeganie Artura i nic więcej.
Otóż prawdą jest, że zanim zacznę wypełniać książkę treścią, to skupiam się na przygotowaniu szczegółowego konspektu dzieła. Określam w nim zarys jego fabuły, opisuję cechy głównych postaci, tworzę plan i sugestię treści kolejnych rozdziałów oraz pracuję nad zakończeniem powieści. Wydaje się to jasne i oczywiste? Niestety wcale takim nie jest. Ale po kolei.
Bohaterowie zmieniają się w trakcie podróży, jaką jest ich życie w opowiadaniu. Oczywiście na tym polega moja rola jako autora, aby ukazać, że to co robimy może nas uszlachetnić i poprawić. Jednakże na pewnym etapie pisania okazuje się, że jedna z postaci, np. niezbyt rozgarnięta wojowniczka opanowana pasją walki ze wszystkimi, którzy nie podzielają jej poglądów, ewoluuje sama z siebie. Pod wpływem emocji, które przeżywa albo zdarzeń, które ją odmieniają. I wtedy, pomimo tego, że cale tego wcześniej nie planowałem, jestem zmuszony zmienić charakter tej bohaterki. Podobnie jak jej dalsze losy. W ten oto sposób to powieść wpłynęła na pisarza. Podobnie jak w książce, kiedy nagle przemiana głównego bohatera zmienia naszą o nim opinię i zaczynamy go już trochę lubić, podczas gdy wcześniej życzyliśmy mu jak najgorzej.
Zakończenie powieści może zaskoczyć również autora. Niby wszystko jest już ustalone. Główne role rozdane. Wytyczony został los bohaterów i wiadomo już przecież, w którym rozdziale nić życia danej postaci zostanie przecięta i kogo wybierze za męża niedostępna księżniczka. Jednakże nic bardziej mylnego. Nieraz zdarzyło mi się wykasować cały rozdział aby na nowo ożywić bohatera, którego za bardzo polubiłem albo zapragnąłem oszczędzić cierpienia zakochanej w nim głównej bohaterce. A zmieniając jeden fragment, jestem zmuszony do poprawienia całego wątku. Trochę tak, jak w prawdziwej historii naszego  życia; gdybyśmy byli w stanie zmienić jakiś kluczowy jego element, to czyż cała jego reszta nie potoczyła się inaczej?
Mógłbym tak ciągnąc jeszcze długo ale mam nadzieję, że macie już obraz tego, czym chciałem się z wami podzielić.

czwartek, 8 listopada 2018

„Cierpienie nietworzenia, czyli skąd wziąć czas na pisanie.”


Słyszymy od czasu do czasu o cierpieniu tworzenia. O bólu, który rodzi się, gdy autor utknął w pewnym punkcie powieści i nie może ruszyć dalej, gdyż zbuntowali mu się wszyscy bohaterowie, ten pozytywny jak i Schwarz charakter. O męce dobrania właściwego słowa, kiedy żadne nie chce wpasować się w kompozycję i rytm zdania. Ja wylałem niegdyś łzy musząc uśmiercić głównego bohatera, a przyznam, że innym razem zdecydowałem się przepisać cały rozdział, aby do tego nie dopuścić.
Dziś jednak napiszę o męce nietworzenia. O sytuacji, w której powtarzając za Terry’m Pratchetem, cząstka natchnienia, geniuszu mknie poprzez wszechświat, aż w jednym ze światów multiwersum spada na nic niespodziewającego się osobnika, a człowiek ten zatrzymując wokół siebie świat i skupiając się na powstającym w tej chwili w jego umyśle dziele, zdaje sobie sprawę, że właśnie spieszy się do pracy i nie będzie w stanie pracować nad tym pomysłem.
Kiedyś napisałem taki wiersz:
Piszę by żyć by gasić żar który nie ustaje
Choć czasem przysypia
Na chwilę odczuwam ulgę
Lecz wkrótce znów powraca podmuch
Który przemienia żar w płomień
palący me wnętrze
I wtedy piszę
…by żyć
Pojawiają się takie chwile, kiedy umysł wypełnia nam się treścią. Słowami, zdaniami, całymi rozdziałami, które domagają się natychmiastowego uwolnienia. A my nie możemy im na to pozwolić. Z braku czasu, z braku papieru, komputera, chwili spokoju, kawy…
Ten stan przypomina nieco sytuację, gdy zanurzamy się w nowej opowieści ulubionego autora i zdajemy sobie sprawę, że jest już druga w nocy, a budzik nastawiliśmy na szóstą rano. Drżącą dłonią wkładamy zakładkę i udajemy się na spoczynek, długo w noc jeszcze przeżywając przygody bohaterów. Jednakże wieczorem kolejnego dnia albo nawet za tydzień, otworzymy książkę na stronie, gdzie przerwaliśmy i znowu rzucimy się w ten czarowny zmyślony świat.


W przypadku burzy twórczej, kłębiących się chmur wyobraźni, grożących wyładowaniem błyskawic imaginacji, sprawa ma się niestety gorzej. Pozostaje świadomość, że jeśli nie uda nam się natychmiast przelać dzieła na papier, albo przynajmniej nośnik elektroniczny, to ta cząstka natchnienia, geniuszu nie zagnieździ się w nas wystarczająco mocno i uleci dalej, zanim jeszcze zdążymy ją rozwinąć. I wtedy właśnie przeżywamy męki nietworzenia. Cierpienie rozhulanej wyobraźni. Ból oczekiwania na spełnienie.
Jedynym rozwiązaniem, jakie dotąd znalazłem, jest szybkie zapisywanie pomysłów, a następnie praca nad nimi w kolejnych dniach. Chociaż stronę, chociaż kilka słów, aż pojawi się kształt.

sobota, 3 listopada 2018

„Mordor. Dzień z życia Orka; Dzień dobry.”


– Dzień dobry – powiedziałem uśmiechając się do ludzi oczekujących na windę. Odpowiedziała mi krępująca cisza. Około dwudziestoletnia dziewczyna z kasztanowym końskim ogonem odwróciła się w stronę drzwi wyjściowych z budynku. Szpakowaty mężczyzna w szarym garniturze i czerwonym krawacie opuścił wzrok. Zapewne informatyk pogrążony w myślach o oczekujących go dziś zadaniach. Dwie kobiety w średnim wieku tak mocno skupione były na rozmowie, że zapewne nawet nie zanotowały faktu mojego pojawienia się, a co dopiero przywitania się.
Wzruszyłem ramionami. Nie pierwszy raz zostałem w ten sposób zignorowany w tym biurowcu. Mimowolnie zacząłem zastanawiać się nad tym, czy ludzie w tym miejscu unikają innych z powodu jakiejś obawy czy traumy. A może po prostu zasady dobrego wychowania w naszej kulturze, jakie dane mi było poznać, przestały już obowiązywać, a ja pozostałem jak jakiś relikt przeszłych czasów i jedynie się wygłupiam?
Moje przemyślenia przerwała otwierająca się kabina windy. Pośpiesznie wszedłem do środka przytulając się do ściany, aby zrobić miejsce dla dwóch ciągle rozmawiających kobiet, które wcisnęły guzik z numerem najwyższego piętra, pozostając jednak z jakiegoś powodu tuż przy drzwiach. Znowu wzruszyłem ramionami. Po co się tym przejmować. Przecież dzień był naprawdę piękny. Pomimo końca października słońce jasno świeciło podświetlając swym blaskiem czerwone liście drzew, przemieniając świat dookoła w zaiste baśniową krainę. Uśmiechnąłem się i zrobiło mi się dużo lepiej.
Wyszedłem pierwszy.
– Do widzenia – powiedziałem głośno i wyraźnie ukłoniwszy się przy tym moi towarzyszom podróży.
– Do widzenia – odpowiedział mężczyzna w garniturze.
„I po co ta demonstracja?” – zganiłem się w duchu. Jednakże pomyślałem, że z drugiej strony powinno to być jak najbardziej naturalne zachowanie.
Był poniedziałkowy ranek, stąd wspólny korytarz lśnił czystością i surowością biurowego budynku. Ze wspólnej kuchenki wyszło właśnie dwóch mężczyzn zdecydowanie poniżej trzydziestki. Od razu domyśliłem się, że to pracownicy sąsiadującej z moim biurem firmy IT. Znoszone bluzy, w dłoniach kubki z parującą kawą, wzrok wbity w czubki sportowych butów. Gdy zbliżyli się na odległość dwóch kroków straciłem nadzieję, że uszanują mój starszy od nich wiek, stąd wyprostowałem się i powiedziałem wyraźnie:
– Dzień dobry.
Dwoje zombie minęło mnie bez cienia zainteresowania ani jakiejkolwiek reakcji.
– Może myśleli o jakimś ważnym problemie w pracy – pomyślałem zrezygnowany otwierając drzwi do mego gabinetu. Me oczy natychmiast wypełnił blask ostro świecącego słońca i radość na nowo wypełniła mi serce. Podszedłem do okna, spojrzałem na zapracowaną stolicę i powiedziałem:
– Dzień dobry. Dzisiaj jest naprawdę piękny dzień.