piątek, 14 grudnia 2018

„The Dream of Henna – Sen Henny” – the book will be translated into English. Is there any publisher...?



The continent of Henna has always been the arena of countless wars, intrigues and romances that have changed the course of its history. It was impossible to control the emotions and desires of such different races that inhabited it.
There is a legend that tells us that in the beginning of its history there was a ruler who united all the lands and was able to win over the love and respect of all nations. Legend does not say who he was or when he left or what the reason for his departure was. Maybe he was an Elf? Maybe the wizard? Maybe his girlfriend was a mortal man, and he could not cope with her loss? The legend does not explain it. 
Maybe so that we can develop the reins of our imagination when we listen to the words of a bard’s song on a cold evening. History ends with the assurance that the day will come when power will again be concentrated in the hands of one king, who will lead to the consent of the nations and ensure the prosperity of this land. There were those who thought that they would fulfill this prophecy. Everyone has been wrong so far …

poniedziałek, 10 grudnia 2018

„Mordor. Dzień z życia Orka; Chciałbym poczuć to jeszcze raz.”



Spotkałem go w Złotych Tarasach. Uśmiechnąłem się szeroko na jego widok i wyciągnąłem dłoń.
– Kopę lat. Jak ci się wiedzie? Istnieje życie poza korporacją?
Uścisnęliśmy sobie ręce.
– Napijesz się ze mną kawy?
Mój stary kolega skrzywił się nieco.
– Nie mogę. Biegnę do domu.
– Co tu robisz? Wybrałeś się na zakupy świąteczne? Słyszałem, że wyprowadziłeś się z Warszawy.
– To prawda. Już od kilku lat tu nie mieszkam. Dzisiaj przyjechałem tu specjalnie na rozmowę kwalifikacyjną na „Prodakta”. Właśnie z niej wyszedłem.
Zdziwiłem się nieco. Gdy widzieliśmy się ostatnim razem, zapewniał mnie solennie, że już nigdy więcej nie powróci do korporacyjnego świata. Wzruszyłem ramionami. Wokół nas sączyła się jakaś świąteczna muzyka i mijały nas tłumy spieszących się ludzi z rękami wypełnionymi torebkami. Zapewne prezentów. W powietrzu unosił się zapach świeżo zaparzanej kawy z pobliskiej kafejki. Stąd zapewne moja propozycja. Podprogowe programowanie.
Kolega zapewne zauważył zdziwienie na mojej twarzy, bo zaczął się tłumaczyć.
– Wiesz. Nie jest źle. Większość czasu pracuję koło domu, przy tej naszej minifarmie. Dorabiam sobie trochę na szkoleniach. Moja żona pracuje ze mną. Razem też zajmujemy się dziećmi i domem. Dokładnie tak, jak to sobie wymarzyliśmy. To naprawdę cudowne życie.
Moja mina spowodowała, że kontynuował.
–  Ty nie rozumiesz. To jest jak odstawienie heroiny – jego głos począł drżeć. – To już dwa lata. To, co uzbieraliśmy wcześniej na koncie pomogło nam przetrwać ten trudny okres zmiany nawyków. Mówię ci, że było ciężko. Teraz jest już lepiej. Skuteczniej kontrolujemy budżet. Nie mamy też na szczęście żadnych długów. – Machnął ręką. – Ale to chodzi o coś innego. Ja po prostu chciałbym poczuć to jeszcze raz.
– Poczuć to jeszcze raz? – Nadal nie bardzo rozumiałem, co chciał mi powiedzieć.
– Te pieniądze w kieszeni, kiedy nie musisz się zastanawiać, czy stać cię na pójście do kina w tym miesiącu i czy możesz sobie pozwolić na nową książkę. To poczucie satysfakcji, gdy idziesz z klientem do ulubionej restauracji i płacisz służbową kartą kredytową. Ten komfort, gdy nie interesuje cię, ile spalasz na autostradzie, gdy pędzisz, ile masz koni pod maską. To właśnie chciałbym poczuć jeszcze raz.
Zastanowiłem się nad jego słowami. Przypomniała mi się jednak nasza rozmowa sprzed jego decyzji o opuszczeniu Mordoru.
– Ale przecież twoje małżeństwo omal się nie rozpadło. Dzieciaki chowały się przed tobą, gdy wracałeś z delegacji…
Opuścił na chwilę głowę, ale zaraz podniósł wzrok i spojrzał mi prosto w oczy.
– Tym razem będzie inaczej. Wtedy po prostu przesadzałem i nie potrafiłem poukładać sobie tego wszystkiego jak należy. Teraz mam już doświadczenie. OK. Muszę gnać na pociąg. Do zobaczenia.
– Powodzenia.
Patrząc jak odchodził, miałem wrażenie, że jego plecy są jakby bardziej pochylone niż wcześniej. Może to wiek?

piątek, 7 grudnia 2018

„Rozpoznanie walką czyli 8 błędów, jakie popełniłem przy pisaniu mojej pierwszej powieści i jak ich uniknąć.”


W taktyce militarnej istnieje pojęcie „rozpoznania walką”. Polega ono na zaatakowaniu nieprzyjaciela pozostającego w najbliższej styczności naszych wojsk, aby doprowadzić w ten sposób do ujawnienia przez niego rzeczywistych pozycji lub punktów oporu, systemu zapór ogniowych itp. 
Zabierając się do pisania mojej pierwszej powieści „Sen Henny”, przeczytałem całą dostępną dla mnie wtedy literaturę i artykuły odnośnie zasad pisania książek. Jednakże jak to często bywa przy debiucie, w największym stopniu kierowałem się i tak potrzebami mego serca oraz spontanicznym rozwojem akcji i niezależnymi wyborami bohaterów mojego opowiadania. :-) Nie obyło się wobec tego bez popełnienia błędów twórczej młodości. Mogę więc dzisiaj uznać, że zastosowałem „rozpoznanie bojem”, a najwięcej nauczyłem się oczywiście dzięki opiniom moich czytelników. Dzisiaj chętnie podzielę się w tym miejscu nauką, jaką wyniosłem z tej przygody.
Oto lista 8 największych błędów jakie popełniłem i wskazówki jaki ich uniknąć:
  1. Zbyt wielu bohaterów
W koncepcji, która mi przyświecała potrzebowałem co najmniej trzech różnych bohaterów pochodzących z przeciwnych sobie kultur, ras, aby móc w pełni przedstawić ideę potrzeby wzajemnej akceptacji w celu osiągnięcia wyższych celów. W efekcie powstały dość niezależne historie z udziałem wielu bohaterów pozytywnych, jak i czarnych charakterów. Wielu czytelników w komentarzach narzekało na tę zbytnią obfitość postaci, która powodowała, że gubili się oni w ich rozpoznawaniu. Przynajmniej na początku opowieści. Na całe szczęście przygotowałem indeks postaci, do którego można było zaglądać. (Oczywiście jest to znacznie utrudnione w wersji elektronicznej.)
Pierwsza lekcja; skup się na jednej, dwóch głównych postaciach i kilku, będących tłem opowieści.
  1. Bohater nie powinien być idealny
Na ten błąd zwróciła mi uwagę moja córka już na początku pisania. Stwierdziła ona, że nie jest w stanie utożsamić się z żadnym z bohaterów, gdyż nie mają oni żadnej skazy. Nie ma takich ludzi na świecie i nie powinno ich być w powieści. Postarałem się to nieco poprawić, jednak i tak postacie pozostały nieco zbyt idealne.
Lekcja druga; bohater też człowiek i tak jak ty ma prawo do popełniania błędów, czasem tych najgłupszych. Daje się dzięki temu lubić.
  1. Czas na zawiązanie więzi z postaciami
Czytając książki uwielbiam zabieg, jaki stosują pisarze, aby czytelnik nie mógł odkleić się od książki. Mam tu na myśli przerywanie wątku w kulminacyjnym momencie i przejście do kolejnej sceny. Z wypiekami na twarzy przelatuję wtedy kolejne karty powieści, nie zważając na pory posiłków i późne godziny, aby przekonać się, jak zakończy się ten temat. Zapragnąłem oczywiście zastosować go i w mojej powieści. Niestety zbyt często zmieniały się w niej sceny i bohaterowie, co przyczyniło się do pogubienia się części czytelników (czyli do częstej potrzeby sięgania do indeksu postaci) oraz utrudniło nawiązanie osobistej więzi z którymś z głównych bohaterów. Była to główna rzecz jaką zmieniłem pisząc poprawioną wersję dwóch tomów książki i wydając ją jako „Świat Henny”.
Lekcja trzecia: Pozwól czytelnikowi poznać twojego bohatera, jego pragnienia, myśli, potrzeby, zanim zwrócisz jego uwagę na inne postacie książki.
  1. Zbytnie zaufanie w Wydawnictwo
Wydawnictwo potrafi bardzo wiele pomóc i wesprzeć pracę pisarza. Jednak pracują w nim również normalni ludzie, którzy mają prawo się pomylić. Książka przed wydrukowaniem, już po korektach wraca do pisarza po ostatnią aprobatę. Mówiąc szczerze, po wspólnej pracy nad korektą uznałem, że z pewnością skład musi być w porządku. I to niestety był mój błąd. W książce pojawiły się literówki, a jeden rozdział został praktycznie włączony do poprzedniego. Wielu czytelników jest bardzo wrażliwych na tego typu sprawy i dostało mi się za to po głowie. (Wydawnictwu również.) Kolejną książkę weryfikowałem już bardziej dokładnie do samego końca.
Lekcja czwarta; sam zadbaj o to, by twoja książka była wydana w sposób staranny i bez błędów. Nie zdawaj się tylko na innych.
  1. Emocje
Akcja, akcja, akcja. Jak ja uwielbiam, kiedy bohater gna z jednej sceny do drugiej ścigany przez wrogów, lub samemu ich poszukując, aby wyrównać rachunki. Oczywiście upraszczam, ale rzeczywiście niewiele miejsca w moich książkach poświęcam opisom przyrody i zastanawianiu się nad ilością święcących na niebie gwiazd. Jednak co gorsze, w mej pierwszej powieści zbyt mało miejsca poświęciłem emocjom bohaterów, a przecież to one powodują, że ich lubimy lub życzymy im śmierci. To właśnie emocje pogłębiają więź czytelnika z postaciami i zapewniają, że będzie on im towarzyszył w ich przygodach do samego końca książki. To była kolejna rzecz, którą w największym stopniu zmieniłem w „Świecie Henny”.
Lekcja piąta: Bohater musi odczuwać; bać się, niepokoić, kochać, panikować, wściekać. Robić wszystko to, co powoduje, że staje się po prostu ludzki, a nam zaczyna na nim zależeć.
  1. „Przywiązywanie się do tekstu”
To jest najtrudniejsza sprawa. Kiedy poświęcisz wiele godzin na napisanie sceny, która okazuje się, że nie bardzo pasuje do reszty powieści, naprawdę jest ci trudno wcisnąć przycisk „delete”. A niejednokrotnie trzeba to zrobić. „Świat Henny” ma około osiemset stron, a gdybym nie wykasował niektórych części, miałby ich pewnie z tysiąc. Wiele tekstu w książce nie jest błędem, pod warunkiem, że wszystkie fragmenty są spójne i nie będą nudzić czytelnika. A trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że ludzie dzisiaj przyzwyczajeni są do tempa filmów akcji i gier komputerowych. Piszemy przecież głównie dla nich, aby sprawiać innym radość z czytania.
Lekcja szósta; bez wahania tnij fragmenty, które z jakiegoś powodu nie pasują już do całości książki.
  1. Zanim zacznę zmieniać zasady, lepiej jest się ich nauczyć
Jak wspomniałem we wstępie, sporo się naczytałem o tym, jak tworzyć powieści, zanim zabrałem się za pisanie mojej pierwszej książki. I co z tego, skoro uniesiony twórczą weną szybko zapomniałem o zasadach, których się nauczyłem. Dopiero przy drugim tomie zdałem sobie sprawę z tego, że przestałem stosować się do podstawowych zasad, takich jak utrzymanie kolejności scen, sequeli, opisów itp. Znowu był to błąd, który kosztował mnie wycięcie wielu treści i napisanie na nowo kilku scen w poprawionej wersji. To prawda, że wielu znanych autorów zachęca do łamania zasad. No cóż. W porządku. Ale najpierw porządnie się ich naucz!
Lekcja siódma; zanim zaczniesz łamać zasady sztuki, najpierw dobrze się ich naucz.
  1. Twoja powieść nie musi się każdemu podobać
Początkowo niezwykle przejmowałem się opiniami innych i na ich podstawie zmieniałem wcześniej napisane sceny. Dopiero po pewnym czasie zdałem sobie sprawę z tego, że różnym ludziom podobają się inne rzeczy i jak to mówi stare przysłowie: „jeszcze się taki nie urodził, coby każdemu dogodził”. Innymi słowy, warto wsłuchiwać się w opinie i rady innych, ale na końcu to ty, jako twórca, musisz podjąć ostateczną decyzję zgodną z twoim planem i koncepcją książki.
I to jest lekcja ósma.
Serdecznie pozdrawiam i mam nadzieję, że opisane wyżej wnioski, przysłużą się kolejnej osobie, która spróbuje swych sił w twórczości literackiej.

sobota, 1 grudnia 2018

Optymalna wielkość powieści?



Niektórzy ludzi odkładają książkę, gdy przekracza ona trzysta stron, inni zaś cierpią, gdy po przejściu siedmiuset, zdają sobie nagle sprawę z tego, że zbliżają się już ku jej końcowi. Ilu ludzi, tyle jest podejść do tego tematu. Spróbujmy jednak odnaleźć kilka wskazówek, które mogłyby nas naprowadzić na właściwą odpowiedź.
Niektórzy autorzy mają problem z wyjściem powyżej trzydziestu tysięcy słów, inni natomiast po napisaniu ośmiuset stron, uznają, że nie zbliżają się jeszcze do połowy tego, co chcieliby przekazać swoim czytelnikom. Myślę, że niewłaściwe  w tej kwestii, jak zresztą w każdej innej, jest jakiekolwiek ekstremum. Jeżeli powieść będzie zbyt krótka, pozostawi po sobie uczucie nienasycenia i zawodu. Jeśli będzie zbyt długa, to wielu ludzi odłoży ją na półkę bez czytania, obawiając się, że w świecie, w którym czas jest na wagę złota, poświęcanie tygodnia na powieść, jest po prostu niemożliwe albo opuści ją w trakcie lektury, kiedy ta czytelnika po prostu znudzi lub zniechęci swoją obszernością.
Ja należę do tych „piszących”, którzy po napisaniu stu stron w formacie A4, zastanawiają się, czy pozostało tu jeszcze coś istotnego do dodania. Okazuje się jednak, że już przy pierwszym czytaniu, książka urasta z 30 000 do 50 000 słów, czyli około 300 – 350 000 znaków (co było na przykład standardem w Ameryce na początku XX wieku). Po kolejnych fazach szlifowania dzieło może powiększyć się nawet o około 50%, ale wtedy przychodzi czas na cięcia, bo prawie zawsze, po kilku tygodniach przerwy i zdobyciu świeżej perspektywy, pewne fragmenty wydają się po prostu niepotrzebne.
Pozostaje jeszcze jedna niezwykle istotna sprawa; wymagania wydawnictwa. Opublikowanie książki, która ma trzysta stron, jest znacznie łatwiejsze i tańsze niż tej, która ma stron sześćset. Wielu uznanych autorów przyzwyczaiło nas do powieści dużych formatów, jednak spójrzmy prawdzie w oczy: jeśli nie posiadasz jeszcze rozpoznawalnego nazwiska i nie czeka na twoją nową książkę rzesza przynajmniej kilkudziesięciu tysięcy fanów, to raczej nie licz na to, że ktoś zainwestuje w młodego autora dużo pieniędzy. Nie wspomnę już o sytuacji, gdybyś chciał wydać książkę we własnym sumpcie.
Ktoś policzył, że książki wydawane dzisiaj są o około dwadzieścia pięć procent dłuższe, niż było to jeszcze piętnaście lat temu, a o pięćdziesiąt procent od tych sprzed pół wieku. Pamiętam dobrze książki Rogera Żelaznego, czy Ursuli le Guin, które miały między sto pięćdziesiąt, a trzysta stron. I nikomu to nie przeszkadzało. Dziś, gdy napisałem książkę Sen Henny w dwóch tomach (łącznie ponad osiemset stron, więcej niż milion znaków), to pojawiły się komentarze, że jak na powieść fantasy, tomy są zdecydowanie za krótkie (moje wydawnictwo sugerowało mocno, abym rozbił ją na trzy części) (Świat Henny, czyli poprawiona wersja Snu Henny w jednym tomie, liczyła już 700 stron i wydana została jedynie w formie e-booka; uznajmy to za pewien kompromis). I to jest fakt, który również powinniśmy wziąć pod uwagę przygotowując nasze dzieło dla czytelników, którzy mają prawo mieć swoje upodobania i preferencje. Zapewne biorąc pod uwagę wszystkie te względy, niektóre wydawnictwa mają własne kryteria i uznają za absolutne minimum 300 000 znaków na powieść, inne nawet 400 000. Powyżej siedmiuset stron pojawia się również aspekt techniczny dotyczące trudności wydrukowana takiej książki.
Osobiście uważam, że powieść powinna mieć po prostu długość wystarczającą na pełne rozwinięcie wszystkich zaplanowanych wątków, bez zbędnego owijania wszystkiego watą, oby tylko książka była grubsza. Jeżeli potrzebujesz do tego większej ilości tekstu, to świetnie, z pewnością znajdą się czytelnicy, którzy to docenią. Jeśli natomiast powiedziałeś już wszystko na dwustu stronach, to nie zmuszaj się, aby koniecznie powiększyć objętość swojego dzieła. Gwarantuję ci, że znajdę się i tacy czytelnicy, którzy docenią twoją zwięzłość i z przyjemnością zabiorą twoją książkę w nudną dwudniową delegację. Oczywiście podtrzymuję moją podstawową tezę, o nie przekraczaniu ekstremów w żadną stronę, ale o tym już przecież napisałem.