Do tzw. szuflady pisałem odkąd pamiętam. Czasem więcej, czasem mniej. Myślę, że wiele osób może to samo powiedzieć o sobie. Pisałem opowiadania, wiersze, wziąłem się też za bary z powieścią. Od zawsze interesowałem się fantastyką, a przede wszystkim fantasy, w związku z tym, nie może nikogo dziwić, że tematyka fantasy była dominująca w mojej twórczości. Tolkien, Ursula le Guin, Roger Zelazny; to byli mistrzowie, którzy byli dla mnie inspiracją. Może i pisałbym niegdyś więcej, gdyby nie krytyka i wyśmiewanie samego pomysłu pisania ze strony zazdrosnych, a może jedynie niemądrych kolegów.
Po latach twórczej młodości, nastąpiły lata budowania przyszłości dla rodziny, ekscytacji rozwojem kariery w korporacjach, zakupu pierwszego domu i opłacania lepszej edukacji dla dzieci. Pisanie poszło w kąt, za wyjątkiem nielicznych momentów powrotu literackiej weny. Jestem przekonany, że to również wielu niedoszłych twórców może powiedzieć i o swoim życiu.
Nareszcie nastąpił moment przełomu. Złożyło się na niego kilka elementów. Pierwszym z nich, była decyzja mojej córki o wybraniu tematu pracy maturalnej z języka polskiego: „Literatura fantasy XX wieku”. To była oczywiście woda na mój młyn. Po przekazaniu córce kolekcji miesięcznika fantastyki począwszy od numeru 1 oraz znalezieniu artykułów na temat historii tego nurtu pisanych m.in. przez mistrza Lema, moja pociecha zasugerowała bym może wykorzystał swoją wiedzę, pasję i doświadczenie wynikające z przeczytania setek książek, do napisania i wydania swojej własnej. Zabrzmiał w tym momencie pierwszy dzwon.
Kolejnym była decyzja o podzieleniu się moją dotychczasową twórczością z rodziną oraz przyjacielem i przyjaciółką, którzy wyrazili chęć jej przeczytania. Opinie najbliższych były więcej niż zachęcające, więc usłyszałem kolejny dźwięk dzwonu wzywającego do walki o zaistnienie w gronie twórców.
Ostatnim elementem było zapoznanie się z aktualną, „uznaną” literaturą fantasy. Zakupiłem zestawy książek autorów, którzy obecnie sprzedają swe książki w tysiącach czy nawet milionach egzemplarzy i… ku mojemu zdziwieniu odkryłem, że w wielu przypadkach książki te nie stanowią wielkiej wartości ani w zakresie głębi przekazu, ani warsztatu, ani nawet pochłonięcia czytelnika swoją treścią. Oczywiście w mojej subiektywnej opinii. Były też chlubne wyjątki. Odkryłem na przykład wspaniałą Trudi Canavan, na której kolejne powieści nie mogę się teraz doczekać. To wybrzmiało kolejnym uderzeniem dzwonu, zmuszając mnie ostatecznie do wyjścia ze strefy komfortu, a może po prostu lenistwa, czy strachu i zmierzenia się z wyzwaniem dołączenia do grona pisarzy. „Skoro oni mogą wydawać swoje książki, to dlaczego nie ja?”
Miałem przygotowany materiał na poradnik o coachingu, którym zajmowałem się zawodowo i postanowiłem wydać go, przecierając szlaki i odkrywając trudy zostania pisarzem nie tylko piszącym ale również wydającym swoją twórczość. Po otrzymaniu zadowalających recenzji ze strony kolegów po fachu i sprawdzeniu opinii na temat potencjalnych wydawców zdecydowałem się na wydanie mojej pierwszej pozycji p.t. „Winnetou czyli krótki przewodnik po coachingu”. Możecie wyobrazić sobie te dreszcze i kołatanie serca w oczekiwaniu na przyjęcie przez czytelników. Pamiętam te wypieki na twarzy i uderzenia gorąca, gdy czytałem pierwsze opinie o książce, gdy zaczęły pojawiać się w internecie. Na szczęście większość była mocno pozytywna. W zasadzie tylko jedna osoba wyraziła swoje niezadowolenie, pozostałe recenzje i opinie zbudowały moją pewność siebie. Książka była krótka i omawiała dość podstawowe zasady dotyczące coachingu. Taki zresztą był cel jej wydania. Zauważyłem, że bardzo wielu klientów przychodzących na coaching, nie miało o nim głębszej wiedzy, a czasem nawet bladego pojęcia. Uznałem, że zamiast tłumaczyć im, „czym to się je”, lepiej wręczyć im ten krótki poradnik. Przede wszystkim jednak, nauczyłem się na czym polega proces wydawniczy i odkryłem, że nie jest on tak trudny jak mi się wcześniej wydawał jak również to, że dobre wydawnictwo jest w stanie mi bardzo pomóc nie tylko w promocji książki ale również w jej korekcie, przesyłając wiele krytycznych i inspirujących uwag, zmuszających do poprawy tekstu.
Doświadczenie to zainspirowało mnie do rozwinięcia skrzydeł i wykorzystania jednego z wyrwanych piór do napisania powieści fantasy. Pomysł pojawił się od razu:
„Kontynent Henny zawsze był areną niezliczonych wojen,
intryg i romansów, które zmieniały bieg jego historii.
Nie sposób było zapanować nad emocjami i pragnieniami
tak różnych ras, które go zamieszkiwały.
Istnieje legenda, która opowiada o tym, że w początkach
jego dziejów istniał władca, który zjednoczył wszystkie ziemie
i potrafił zjednać sobie miłość i szacunek wszystkich narodów.
Legenda nie mówi o tym, kim był, ani kiedy odszedł, ani jaki
był powód jego odejścia. Może był Elfem? Może Czarodziejem?
Może jego wybranka była śmiertelnym człowiekiem, a on nie
mógł pogodzić się z jej stratą? Legenda tego nie wyjaśnia. Może
po to, byśmy mogli rozwinąć wodze naszej wyobraźni, kiedy
w chłodny wieczór przysłuchujemy się słowom pieśni granej
przez barda. Historia kończy się zapewnieniem, że nadejdzie
dzień, gdy władza znowu skupi się w rękach jednego króla,
który doprowadzi do zgody narodów i zapewni dobrobyt tej
krainie. Byli tacy, którym wydawało się, że to oni będą wypełniali
to proroctwo. Wszyscy jak dotąd się mylili…”
intryg i romansów, które zmieniały bieg jego historii.
Nie sposób było zapanować nad emocjami i pragnieniami
tak różnych ras, które go zamieszkiwały.
Istnieje legenda, która opowiada o tym, że w początkach
jego dziejów istniał władca, który zjednoczył wszystkie ziemie
i potrafił zjednać sobie miłość i szacunek wszystkich narodów.
Legenda nie mówi o tym, kim był, ani kiedy odszedł, ani jaki
był powód jego odejścia. Może był Elfem? Może Czarodziejem?
Może jego wybranka była śmiertelnym człowiekiem, a on nie
mógł pogodzić się z jej stratą? Legenda tego nie wyjaśnia. Może
po to, byśmy mogli rozwinąć wodze naszej wyobraźni, kiedy
w chłodny wieczór przysłuchujemy się słowom pieśni granej
przez barda. Historia kończy się zapewnieniem, że nadejdzie
dzień, gdy władza znowu skupi się w rękach jednego króla,
który doprowadzi do zgody narodów i zapewni dobrobyt tej
krainie. Byli tacy, którym wydawało się, że to oni będą wypełniali
to proroctwo. Wszyscy jak dotąd się mylili…”
W ciągu trzech lat ukazało się sześć moich książek, kolejna jest już w wydawnictwie, a konspekty dwóch powieści powoli wypełniają się treścią... Okazało się, że marzenia, które wydawały się już dawno zakopane, można odkryć na nowo i je spełnić. Zapewniam, że satysfakcja z tym związana i radość pochodząca nie tylko z procesu tworzenia ale również z przekazywania radości czytelnikom cieszącym się treścią wydanych książek jest nie do przecenienia.
Powinienem w tym miejscu podziękować tym, dzięki którym realizacja mych pragnień była możliwa. Przede wszystkim Bogu, który dał mi wyobraźnię bez ograniczeń. Następnie rodzinie, która wspierała mnie w wysiłkach i wycierpiała urlopy z mężem i ojcem zatopionym w procesie tworzenia. Dziękuję również przyjaciołom, którzy zmotywowali mnie do tego wysiłku, doceniając moje początkowe niezgrabne akapity aż po opinię: „wiedziałam, że jesteś dobry, ale nie sądziłam że aż tak bardzo”. Bardzo wam wszystkim dziękuję.
Mam nadzieję, że zainspirowałem tym krótkim tekstem tych, których twórcze wypociny spoczywają jeszcze w szufladach, do otwarcia ich i podzielenia się ze światem cząstką swego świata wyobraźni.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz